Wyszczekani.pl
Strona GłównaSobota, Wrzesień 23, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 582
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
Część I: Mektub. Jest Zapisane
Mektub. Jest Zapisane (C)
Melissa Macunado


Nasza historia zaczyna się gdzieś na południowym brzegu wyspy, na której leży kraj zwany Karentą, obmywanym przez szmaragdowe fale Okrągłego Morza od wschodu i Oceanu z innych stron. Na lądzie szumiącym soczystozielonymi lasami pełnymi życia, które siły witalne czerpią z błyszczącej wstęgi rzeki Fae, mającej źródła w górach Carnfae na północy (u stóp góry Potmar, gwoli ścisłości) i opasujących pierścieniem stolicę, TunFaire, znaną szeroko jako Miasto. Tak przynajmniej opisują ten kraj przewodniki turystyczne marki Dwukwiat’s Travel®. Karenta graniczy bowiem z innym mocarstwem, Venagetą, oraz Kantardem, państewkiem o dużych złożach srebra. Jak pewnie się domyślacie, Karenta i Venageta od dawna walczą o ten skrawek ziemi, by zyskać prawo do kopalni srebra, niezbędnego magom do rzucania zaklęć i całego tego bałaganu. Konflikt kantardzki od wielu lat funduje rodzinom przynajmniej pięć lat horroru, gdy młodzieńcy zostają pozbawieni złudzeń, odbębniając swoją piątkę w najgorszych warunkach wojennych, jakie można sobie wyobrazić. Nie dziwmy się zatem, że ci nieliczni, którzy wracają, stają się zgorzkniałymi cynikami. A to i tak najmniejszy problem. Tysiące rodzin co roku dostaje na wątpliwą pociechę medal za odwagę na polu bitwy chłopaka, który był takim dobrym synem. Jeśli chcesz jednak usłyszeć naszą historię, musimy na własne życzenie wyruszyć w podróż po tej krainie. Uważaj - jeszcze możesz się wycofać. Nie? Odważny/a jesteś. No, to lecimy.
Jesteśmy w Karencie. Na wschód od Wschodniej Puszczy leży Letheritzia: znany ośrodek kulturalny, a zarazem miejsce pewnych wydarzeń, które chcemy upamiętnić w niniejszym dziełku. Jest to fakt niezmienny, obojętnie, czy wierzycie, że Ziemia jest geoidą w ciągu 365 dni i 6 godzin okrążającą Słońce po eliptycznej orbicie i dodatkowo wirującą wokół własnej osi, czy też, że świat leżący na Dysku jest płaski, obiegany przez Słońce i Księżyc oraz leżący na grzbietach czterech wielkich słoni, stojących na karapaksie Wielkiego A'Tuina (uczeni, za jakich chcą uchodzić magowie, sprzeczają się, czy żółw to on, czy ona i dla wielu ten jakże ważny problem stał się przyczyną śmierci z przepracowania, nerwów i w ostateczności zawału). To nie ma jednak znaczenia w naszej opowieści. Obojętnie i z właściwą rodzajowi ludzkiemu arogancją w tej chwili gdzieś w Letheritzii pewien wysoko urodzony dżentelmen imieniem Gregorius z rodu Duneidanów, lat prawie 20, spacerując po swym ogrodzie, znajduje koronę, po czym udaje się do pałacu w altruistycznym poczuciu obowiązku odniesienia jej królowi, aktualnie miłościwie mu panującemu JKM Sadraksowi. Niestety, tak to już jest, że ten szlachetny młodzieniec nie nawykł do posiadania szczęścia i właśnie stoi oko w oko z ogromnym bojowym orkiem ściskającym w okutej łapie wielką maczugę na dziedzińcu pałacu. Przepraszam, już nie stoi - leży.

* * *
Bohater budzi się w starym, zmurszałym schowku na narzędzia. Niestety, potwory najwyraźniej pozbawiły go broni, a kłódka była zamknięta. Jednak dzięki hartowi ducha młodzieniec uświadomił sobie, że "cokolwiek zamknięte może być otwarte". Wiedział to… chyba z jakiejś książki. Wyszperał drobną dziurę w drzwiach, powiększył ją i wsunął do zamka parę stalowych drucików. Kłódka powoli, ze szczękiem rdzewiejącego metalu otwarła się, a sir Gregorius wydostał się na zewnątrz. Jakież było jego zdumienie, gdy na pagórku przed budką zauważył 2 rosłych orków, który rzucili się w jego kierunku, bluzgając przekleństwami rodem z literatury imć Sapkowskiego. Jego bogaty zasób słów (Sapkowskiego, nie rycerza) pozwolił na stworzenie wyjątkowego, jedynego w swoim rodzaju języka, polegającego w druku na mieszance gwiazdek i znaków interpunkcyjnych. Rycerz będący grzecznym chłopcem nigdy jej nie czytał, jedynie kuzyn (czarna owca w rodzinie) mu opowiadał. Nasz bohater był jednak pewien, że to coś, co czyta się o trzeciej nad ranem, z głową pod kołdrą i nigdy w towarzystwie dam. Gdy Gregorius gotował się na chwalebną śmierć w służbie królowi...
ŁUP!

Jeden z orków zwala się na ziemię. Po chwili jego druh czyni to samo. Rycerz nie ma pojęcia, co może być gorszego niż te maszkary. Przymyka oczy, oczekując np. smoka...
- Aż tak źle wyglądam?
Nad rycerzem, kołysząc się na piętach, stoi drobna istotka. Nie ma nawet jeszcze 20 lat, krótkie, zmierzwione płowe włosy z czymś, co wizażyści nazywają „złocistymi refleksami bursztynu”, duże błękitne oczy i ciemną szatę. Znawca określiłby jako najwyższy gatunek. Na głowie charakterystyczny kaptur, a w ręku... Trzyma najprawdziwszą pałkę.
- Byłoby uprzejmiej odpowiedzieć. Co, języka zapomniałeś? A może jeszcze trzeba cię odczarować z kamienia pocałunkiem?! Ohyda.
- C-co się stało, pani? - wyjąkał Gregorius, choć na "panią" osóbka absolutnie nie wyglądała ani nie zachowywała się jak pani.
- Tylko nie pani - skrzywiła się. - Nie lubię orków. Poza tym, oni żyją. Lepiej sobie pójdę - to mówiąc, z wdziękiem zeskoczyła na murek okalający budkę. Rycerza zatkało.
-Poczekaj! Stój, pani! Kim jesteś?! Chciałbym ci służyć wiernie w podzięce za uratowanie mego żywota! - to mówiąc, popędził za tajemniczą postacią...

Po kilkuset metrach Gregorius dotarł na małą polankę. Tu las rzedniał, a pośrodku płynął strumyczek. Na głazie przy strudze siedziała tajemnicza wybawicielka. Choć chłopak szedł cicho, dziewczyna gwałtownie odwróciła się.
- To znowu ty! Jakie złe wiatry cię tu przygnały, rycerzyku-z-pokopanej-bajki?
Zdębiały mąż zatrzymał się. W tej pozie, z rozdziawioną gębą, nie wyglądał najprzyjemniej.
- No, ja... Chcę podziękować ci, o pani. A także ślubować wierność i służbę w obronie twej czci niewieściej!
Dziewczyna zmierzyła go w wzrokiem i odpowiedziała:
- Spadaj. Mam ważniejsze rzeczy do roboty niż leczenie ambicji jakiegoś don Chichota, który nawet nie ma wioskowego głupka przy sobie.
- Ależ, pani! Czyż będzie mi dane choć poznać miano mej wybawczyni?
Nieznajoma spojrzała na rycerza, jakby nie miał piątej klepki.
- Eee... Melissa. Strażniczka Melissa.

* * *

Po kilku godzinach marszu na wschód, Melissa i Gregorius wyszli z lasu i znaleźli się na wzniesieniu terenu. Przed nimi rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok. Ogromne mury obronne oplatały niczym ogromny wąż wysoki pagórek, a za murami wznosiła się wielka, majestatyczna metropolia. Gregorius westchnął: - Jakież to piękne miejsce, pani! - Melissa odwróciła wzrok od panoramy budowli. Gregoriusowi wydało się, że jest... Smutna? Niemożliwe... A jednak.

- Oto Miasto. Tutaj jest moje miejsce. I po raz ostatni mówię ci, błędny rycerzu, że panią nie jestem.
- Miasto jest wielkie! I zdumiewa swym czarem! Czuję się znowu szczęśliwy! - zawołał Gregorius. Strażniczka odwróciła wzrok od gmachów za murami. - Jeszcze niedługo... - szepnęła do siebie, ale rycerz tego nie usłyszał.
- Tak, robi wrażenie. Zapraszam. Twoje przeznaczenie najwyraźniej kryje się w tych murach.

* * *

Rycerzowi, który dotychczas nie opuszczał rodzinnej Letheritzii, kręciło się w głowie od mijanych pięknych gmachów, krętych, urokliwych uliczek, starych pomników i ludzi - chłopów, mieszczan, szlachty, Straży Miejskiej, a także przedstawicieli Zakonu Młota i Pogan. Młodzieniec, który dotychczas zwiedzał tylko rodzinną Lethritzię i Ankh-Morpork, był oczarowany, uwiedziony, zniewolony niezwykłą magią Miasta i - niewątpliwie - swoją przewodniczką. Dziwiło go jednak, że Melissy ludność zdaje się nie zauważać. Jak gdyby nie istniała. "To bardzo nieeleganckie - mnie pozdrawiają, a piękną panią Melissę - nie" - myślał, aby na powrót utonąć w kulturalnym kotle. W pewnym momencie przewodniczka pokazała mu placówkę Straży Miejskiej.
- Uważaj na tych kolesi. Bezmózgich się nie kopie i nie drażni, o ile nie masz depresji i nienawiści do życia - stwierdziła. Wtem, osiłkowaty strażnik chwiejnym krokiem, chrakterystycznym stylem strażnika - zygzaczkiem - podszedł w kierunku rycerza i Strażniczki, miętosząc poplamioną karteczkę.
- Hem, witamy w Mieście - stolycy kultury, rozrywki i mondrości ludu miłościwie panujoncych nam szlachciców. Mnie zwom Benny. Muszem sprawdzać godo... gono... no, nazwiska przybyszów. Jak cię zwom, panie? - to bełkocząc, poślizgnął się w kałuży i... wjechał w pięknym stylu prosto w Melissę, zwalając ją z nóg. W rycerzu zawrzała krew. Wyciągnął miecz i podbiegł do strażnika.
- Cóż to za obraza czci niewieściej! Tak się nie godzi postępować! A już na pewno nie przedstawicielowi prawa! Żądam rozmowy z twoim przełożonym, żołnierzu, by wyzwać cię na pojedynek w obronie czci mej pani, jasne?! - wrzasnął. Benny odskoczył i wybełkotał, widocznie wstawiony - A ludziska gadajom, że na kacu to tylko białe myszki się widuje, nie białe ronczki czy zgoła białogłowy, he, he. Daj se luzu, człeku. Ja mam kamratów, nie, chłopaki? - Eep... - odezwało się z głębi strażnicy. - Ojojoj. Panie sierżant, mamy problem! - zawołał Benny, obserwując wściekłego rycerza. Po chwili przyczłapał sierżant Freak. Był to człowiek rosły, o zakręconych wąsach w brązowym kolorze. Tak jak reszta oddziału, nosił niebieski mundur Straży, jednak był on lepszej jakości i miał srebrne lampasy. Wallace tylko w pracy był postrachem - w domu rządziły niepodzielne jego żona, teściowa i trzy córki: poza psem o wdzięcznym imieniu Bandziorek, należącym do teściowej i nazwanym tak z czystej złośliwości (argument "Zięciu, co będzie, gdy powiem sąsiadkom, że w twoim domu mieszka bandzior?!" zawsze zapewniał kapitulację Wallace'a), był jedynym przedstawicielem męskiego rodu. Był z tego powodu wybitnie zawstydzony, jako że "prawdziwy strażnik jest głową rodziny" - cóż, nie wypada, by głową kręciła szyja. Oczywiście, rodzaju żeńskiego.
- Czego znowu chcesz, Benny?! Mówiłem, że jestem zajęty - burczał. To prawda, ponieważ do biura sierżanta Wallace'a przyszedł znajomy karczmarz, przynosząc nowiutką talię kart i antałek piwa. - Znowu jakiś dzieciak cię obraził?!
Gregorius oświadczył chłodno, że ten tu obecny Benny, przedstawiciel prawa i organu ścigania, jak też władza wykonawcza sierżanta, winien jest obrazy czci niewieściej jego pani, którą z powodu schlania wepchnął do rynsztoka. Zażądał też satysfakcji z pojedynku. Sierżant pomędrkował chwilkę, po czym orzekł - Benny, zaprowadź pana do naszych... pokoi gościnnych.
Benny zarechotał z uwagi na fakt, z czyich ust padły słowa. Gdy był to szeregowiec, zapewne nie zrozumiałby dowcipu.
- Dzięki ci, zacny sierżancie, jednak nie trzeba mi teraz spoczynku, jeno żądam pojedynku w obronie dobrego imienia mej pani, której służę, która jest niczym lilia, Jutrzenka, Klejnot Nilu, gwiazda wieczorna na nieboskłonie...
- Hej, przerwę ci te ckliwości. Nie masz nic do gadania. Chodź, paniczyku - to mówiąc, pociągnął Gregoriusa za sobą do dusznego pomieszczenia. Było tu pełno funkcjonariuszy, przeważnie schlanych, grających w karty bądź opowiadających brzydkie dowcipy, których ze względu na powyższe nie możemy tu przytoczyć. Po chwili znaleźli się w długim, wąskim korytarzu. Po bokach rycerz widział małe, ciasne cele. Wallace zachichotał brzydko - Witamy w zajeździe Brukowe Ciemnice.

* * *

Zastanawiacie się pewnie, co stało się z Melissą? W tym samym czasie, gdy Gregorius nieudolnie bronił jej "czci", Strażniczka gnała ciemną uliczką, co tchu w piersiach. Benny nie zdążył jej potrącić - odskoczyła w ostatnim momencie. Nauka nie poszła na marne, a Melissa była prymuską zarówno z nauk książkowych, jak ćwiczeń na torze, fechtunku... I "Sztuki Wybranej"... Teraz już wbiegała na schody zrujnowanej rezydencji w Starej Dzielnicy. Przyłożyła rękę do dziwnej klamki i wyszeptała - Odsłoń swój sekret. Dotknięta wierzchnią stroną prawej dłoni klamka powoli uchyliła się, a Strażniczka wbiegła do środka. Tam rozpościerała się panorama wielkiego, dzikiego ogrodu, który obejmował wielki gmach z bazaltu. Siedzibę Bractwa. Naprędce przywitała się z Strażnikiem przy wejściu i powiedziała - Mam ważną sprawę do Pierwszego Strażnika. Mogę?
- Oczywiście, Melisso. Jest w swoim gabinecie. Dla ciebie Pierwszy Strażnik z pewnością znajdzie czas, zważywszy na historię i poczynania Glifów. Są spokojne jak nigdy...
- Wspaniale. Dzięki, Edversion. Niech Równowaga będzie z Tobą!
- I z tobą również, Strażniczko.
Melissa już wspinała się po wielkiej klatce schodowej. Mijały ją tłumy postaci tak ja ona odzianych w czarne peleryny, często niosące grube księgi, łuki i inne bronie uznawane przez Strażników jako konieczne do wyćwiczenia. Po chwili nasza bohaterka stała już pod bogato rzeźbionymi drzwiami z prostych, dębowych desek. Kwintesencja stylu Bractwa - skromnie, a jednak pięknie. Melissa zapukała. Z wnętrza odezwał się cichy głos - Proszę. Drzwi się otwarły... Melissa rozejrzała się - dookoła całe ściany były zajęte regałami z książkami. Tylko nad biurkiem wisiała tablica ze starannie wykaligrafowanymi cytatami z Kronik Strażników: "Świat jest wielką Wagą w obliczu sił dążących, by przechylić jej ramiona. Wiedza to zbiór odważników które, w razie potrzeby, kładziemy na jednej z szal Wagi. Naszym zadaniem jest kłaść odważniki - powoli, starannie, przez wieki - aby Równowaga była zachowana". Przy biurku stał starszy Strażnik w ciemnej pelerynie z nieodzownym kapturem. Jego szata była delikatnie obrzeżona złoto-ultramarynową nicią. Na biurku piętrzyły się stosy zwojów i kilka ksiąg, przybory piśmiennicze i świeca. Mężczyzna mimo co najmniej pięćdziesiątki na karku, był silny i emanował spokojem. Srebrzyste włosy lśniły w blasku lamp. Melissa skłoniła się. Strażnik zauważył ją. Jego twarz rozjaśnił uśmiech.
- Melisso, witaj! Jak miło cię widzieć znów w gnieździe, z nami!
- Niech twój dzień będzie pełen szczęścia, Strażniku Magarze. Przychodzę zdać raport o poczynaniach niejakiego sir Gregoriusa z rodu Duneidanów, którego miałam pilnować. Najwyraźniej to on był wymieniany w Przepowiedniach jako "Jeździec serca, który przyniesie ze sobą wieść o Gwieździe Wschodu". Pochodzi z Letheritzii. Spotkałam go, gdy wędrowałam za dawnym obozowiskiem Pogan we Wschodniej Puszczy. Był prztrzymywany przez jakieś 2 orki, które szczęśliwie udało mi się ogłuszyć. Niestety, chyba ma coś z głową. Próbował mnie... poderwać - tu Strażniczka zmieszała się, jak gdyby przyznawała się do więzów rodzinnych z niegrzecznym czterolatkiem przed koleżankami. Pierwszy Strażnik Magar zaczął klaskać z zadowoleniem.
- Brawo, Melisso. Wiedziałem, że ty najlepiej wypełnisz zadanie i wywiązałaś sie znakomicie. Gdzie przebywa teraz? Chciałbym się z nim spotkać. Skoro mówisz, że nie jest zbyt... rozgarnięty, można powiedzieć mu tyle, ile konieczne o Bractwie. Nie umiałby tej wiedzy wykorzystać.
- Niestety, tu właśnie leży mój problem. Gdy widziałam go ostatni raz, zaczepiał strażnika z posterunku w Dokach. Może mieć problemy, dlatego przyszłam prosić o radę, jak go uwolnić i doprowadzić tutaj. Magar zamyślił się.
- W takim razie, twoja misja jeszcze się nie skończyła. Mam do ciebie pełne zaufanie. Proponuję, byś poszła po Wybrańca. Słyszałem, że ostatnio miał jakieś problemy z... duszną atmosferą. Bądź co bądź, jest Strażnikiem, i to największym. To on powinien piastować moje zaszczytne stanowisko. Jednak znam dobrze mojego ucznia. Nie chcąc się chwalić, jak nikt inny spośród obecnych. Nie zgodziłby się. W gruncie rzeczy to młody, zraniony człowiek o nieprzeciętnym intelekcie i wrażliwym sercu. Nawet nie ma pojęcia, jak bardzo do nas należy... - urwał, po czym kontynuował - Garrett po prostu najlepiej pracuje sam. Tylko z tobą może się dogadać. Ja nie mogę wyjść, trzeba ogarnąć to miejsce. Idź do Południowej Dzielnicy, zachęć go i odbijcie biedaka z posterunku. Melissa kiwnęła głową i skłoniła się.
- Dziękuję, Strażniku Magar. Niech Równowaga będzie z tobą!
- Z tobą również, moja droga. Uważaj na siebie.

* * *

Melissa stała na Dziedzińcu Terkes. Tutaj, za posągiem dużego gargulca stojącym na skwerze łatwo było się schować. Z podcieni pobliskiej kamienicy wychynęła potężnie, wręcz osiłkowato zbudowana postać w charakterystycznym, ciemnym i ubrudzonym czymś przypominającym sadzę ubiorze opryszka. Nieogolony, zapuszczony typ wyglądał podejrzanie. W dodatku oparty o mur, zdawał się kogoś… szukać? Dziewczyna wysunęła się z cienia. - Garrett? - spytała, ważnie mierząc drągala wzrokiem. Gorylowaty typek zamrugał przekrwionymi oczkami, po czym chrząknął. – Eee… Tak, czekam od dawna. Jak sprawy gildii?
Melissa nabierała podejrzeń. Facet zachowywał się inaczej… - W porządku - odrzekła wymijająco. – Skoro ty… - Wiem wszystko - przerwał jej brutalnie zbir. - Chodźmy lepiej, straże jeszcze nie są zbyt czujne.
Strażniczka kiwnęła głową i ukradkiem mocniej naciągnęła kaptur. Postanowiła poczekać na rozwój wypadków – „trzymaj ręce przy sobie, a nie stracisz głowy”. Nie sunęła jednak peleryny nawet o milimetr w dół. Ruszyli. Brama wiodąca do Południowej Dzielnicy była raptem o kilkaset metrów dalej. W strażnicy siedział dosyć trzeźwy (o dziwo!) strażnik, przeglądając niewielką broszurkę wydawaną przez najnowszego szeryfa „Dzieje Straży Miejskiej: użond dla prawdziwych menszczyzn” (głównie o nowinkach z poszczególnych posterunków w stylu kto otrzymał nagrodę o cotygodniowym konkursie rzucania kamieniami do celu czy artykuły o broni; Melissa nie potrafiła wyjść z podziwu dla ich oryginalnej i jedynej w swoim rodzaju ortografii) i żując w zamyśleniu kanapkę. Gdy dostrzegł przechodniów, wymamrotał - Dzisiaj wycieczki zorganizowane bez uprzednienia poinformowania Straży Miejskiej płacą 10 asaków. Zbir stwierdził - Wolnego!
Rzucił w kierunku okienka brudną buteleczkę zawierającą zgniłozielony płyn. Strażnik zakrztusił się, po czym po sekundzie wicia się na krześle, omdlał. - Droga wolna - rzekł jak gdyby nic się nie stało oprych. Melissa wiedziała, że nie może się zdradzić, a strażnik otrzymał najwyraźniej pewien rodzaj wywołujących odurzenie pogańskich ziół, które - poza nieprzyjemnymi skutkami, jak duszności, mdłości i ból głowy - nie czyniły faktycznych obrażeń, choć unieruchamiały nieszczęśnika na parę dni w łóżku. Weszli w Południową Dzielnicę.
Sprawdzały się jej najgorsze obawy…

* * *

Melissa była pewna, że to zasadzka - i miała rację. Dobrze znała półświatek, dzięki czemu umiała tu przeżyć. W Mieście było to ważniejsze nawet od rozróżniania kierunków. Ponadto, postać Wybrańca nie była jej obca. Miał przecież wielu wrogów, często próbowano go "zlikwidować" lub podszyć się. Ramirez, Truart... Mnóstwo ludzi. I zawsze kończyło się to dla nich źle. Poza tym, doskonale wiedziała, że to nie Garrett, który przecież brzydzi się rozlewem krwi oraz, co tu kryć, nie cierpi Strażników, a na pewno nie nazwałby ich gildią. Raczej powiedziałby "banda dziwaków". Tak, z pewnością jest teraz w Południowej Dzielnicy. Pozostaje tylko wymknąć się ogonowi. "Co za obrzydliwy facet" - myślała. "Kto to jest?!". Tymczasem weszli w ciemny zaułek w Starej Dzielnicy. Tu, przy gospodzie, znajdowała się dobra kryjówka, którą Melissa zamierzała wykorzystać. - Słuchaj, muszę się trochę przebrać, chłodno się robi. Jeśli zechciałbyś zaczekać... - uśmiechnęła się zalotnie. Tak, to absolutnie jakiś amator. Tylko uśmiechnął się obleśnie i oparł o mur. Melissa rzuciła mu skórzany mieszek - Wypij w środku coś ciepłego za moje zdrowie - rzekła, po czym weszła do gospody. Gdy goryl wtoczył się do izby, lekkim krokiem wsunęła się do jednego z pokoi gościnnych. Wyglądało, jakby dziewczyna chciała się przebrać na spotkanie - gdyby ktoś chciał wygolonego na głowie osiłka podpierającego bar, sączącego sikacza nazywanego tu winem i łypiącego na tłumek. Jednak Melissa cichutko otwarła okno, przykucnęła na parapecie, po czym zsunęła się w mrok...

* * *

Wylądowała na grubej, metalowej rurze, po czym przesunęła się do wyłomu w murze. Krył on wąski, niski tunel - akurat na drobną dziewczynę w jej wieku. Tunel ciągnął się kominami wentylacyjnymi bogatszych mieszczan ze Starej Dzielnicy i wychodził na dachach, słynnym "Złodziejskim Trakcie". Po jakimś czasie Strażniczka wyjrzała z drugiej strony kryjówki - spokój. Podciągnęła się i wydostała na dach jednej z kamienic. "Teraz - do Garretta!" - pomyślała.

* * *

Po chwili mknęła już po Złodziejskim Trakcie. Melissa mogła tu rozwinąć prędkość, ponieważ nikogo przeciętnego nie obchodziły dachy. Znajdowała się już na terenie Południowej Dzielnicy, a wokoło było spokojnie. Po chwili Strażniczka znowu wisiała na rurach, ześlizgnęła się z gracją i skryła w cieniu. Melissa myślała o ich pierwszym spotkaniu... Przy fontannie. Nic dziwnego, że Magar wybrał właśnie ją - rozumiała Wybrańca, ponieważ sama była w podobnej sytuacji. Obok niej przeszedł strażnik. Obowiązkowo pijany jak bela. Z drugiej strony uliczki spacerowała para mieszczan. Chłopak szeptał coś do ucha dziewczynie, a ona chichotała. Trzymali się za ręce. "Ohyda" - stwierdziła do siebie Melissa. Strażnik minął ją, nawet nie wyczuwając jej obecności. Teraz albo nigdy. Dziewczyna cicho przemknęła się za plecami mężczyzny, skoczyła w podcienie budynków otaczających plac z fontanną, po czym założyła rękawiczki z połyskliwej materii. Gdy pochłonięta sobą para siadła na kamiennej ławce pod drzewem na skwerku dalej (Melissa w duchu cieszyła się, że to nie ona jest na ławce), zaczęła wspinać się po wystających kamieniach. Po pewnym czasie dotarła na dach. Rozciągał się tu majestatyczny widok na całe Miasto. Przez chwilę stała, rozmarzona... Otrząsnęła się. Częściowe osunięcie kilkunastu dużych kamieni tworzyło jakby lożę lub mały balkon. Cicho podeszła do znajomej, zakapturzonej jak ona postaci...

- Chcesz powtórki? - cały Garrett: zorientował się, co się święci; sarkastyczny cynik. Melissa uśmiechnęła się do postaci.
- Od ciebie, może być. Ale inni nie mnie zauważają - odparła Strażniczka. Garrett wykrzywił twarz w krzywym uśmiechu. Melissa śmiało spojrzała w błyszczące, zielone oczy, które nie pasowały do tej młodej przecież twarzy. Rzucały spojrzenie wielu przeżytych lat i nabytych doświadczeń. Wstał i spytał ją:
- Czego chcesz? Udało ci się wreszcie uciec?
- Chciałoby się. Magar nie ma łatwo. Byłoby nie fair. Mam robotę - oczy Garretta zwięziły się. Powoli spytał:
- O co chodzi?
- W gruncie rzeczy zabawa. Ale może najpierw opowiesz mi, o co chodziło z tą... duszną atmosferą.
Mężczyzna jęknął. - CO?! Ten drań najwyraźniej nie dotrzymał umowy! Cóż, można było się tego po nim spodziewać. Chodź do środka - zerwał się i zaprowadził ją do mieszkania na piętrze. Usiedli przy niewielkim stoliku. Garrett postawił szklanki z wodą - Poczęstowałbym cię czymś innym, ale jak wiesz - abstynencja. Zresztą, to tak, jak ty - stwierdził.
- A co ostatnio robisz? - spytała.
- Czytam Espinosę, Freuda, Coelho... Morley stracił się z pola widzenia, więc jest spokojnie jak nigdy. Wreszcie nikt nie patrzy mi do talerza i nie przekonuje o zbawiennych własciwościach zupy z brukwi i szpinaku, kotletów z soi czy surowych kartofli - stwierdził.

Morley Dotes, czarny elf, właściciel jarskiego zajazdu i knajpy dla wszelkiego rodzaju istot magicznych, a więc elfów, trolli, centaurów, smoków czy magów - jeśli się takowe istoty znalazły (Morley i Garrett zgodnie utrzymują, że magowie nie są do końca ludźmi; zbyt naiwni są). Zaciekły wegetarianin i profesjonalny łamacz kości. Nie skrzywdzi muchy, dopóki mu nie zapłacą. Doskonały przedstawiciel swego gatunku: zmienny nastrojowo, kochliwy, częstokroć wybitnie złośliwy i cwany wegetarianin ze skłonnością do hazardu (obojętnie, co by mówił, żaden czarny elf nie oprze się wyścigom nartników i zawsze obstawia wyniki na ślepo). I specjalista w dziedzinie podbrzusza Miasta, o którym wysoko postawione osoby wolałyby zapomnieć. Obecnie wtórny opiekun gadatliwej papugi o imieniu Cholerny Papagaj, zdolnej bestii o słowniku rynsztokowego poety. Doskonałe źródło wiadomości o magnaterii, burżuazji i elemencie. Morley, nie Cholerny Papagaj.

Garrett w kilku zdaniach streścił przygodę z Orlandem i Ysabell. Melissa wybuchnęła śmiechem. Kiwnęła głową: - No, tak... Faktycznie, duszno ci było.
- A co z twoimi rewelacjami na tematy zawodowe? - spytał. Melissa zaczęła tłumaczyć: pokrótce wyjaśniła problem, omijając tylko wstydliwy dla niej fakt "pani". Tym razem to Garrett zaczął się śmiać.
- No, nie... Nie myślałem, że te "zakute pały" są tak zacofane... Cóż, Letheritzia w pigułce. A czego chcesz niby ode mnie?
- Musimy odbić don Chichota. Magar chce z nim porozmawiać. Reszta Bractwa też może być zainteresowana.
Garrett zakrztusił się. Po chwili wystękał:
- CO?! Z NIMI - NIE! Nigdy. Never. No mas. Co jeszcze mam ci powiedzieć?
- Słuchaj, nic nie poradzę. Myślałam, że możliwość zatańczenia z "Łamigłówką" w Straży Miejskiej i wystrychnięcie ich na dudka po raz kolejny zrobi ci lepiej niż wpatrywanie się w gwiazdy i czytanie Freuda, Espinosy i reszty - spokojnie stwierdziła Melissa. Spojrzał na nią spode łba.
- Nie, jeśli zleceniodawcą jest Bractwo!
- Co ci szkodzi?! Pieniądze nie są znaczone Glifami! Wolisz siedzieć tu jak mops?!
- Może wolę - warknął. - Nic ci do tego. Ciekawe, co ląduje w twojej herbacie. Może robią tam pranie mózgu jak w Mechanistów, tylko wygląda się lepiej niż w tych ich fikuśnych czapeczkach?!
- Skoro tak chcesz. Pobawię się sama. A jeśli mi się nie uda i jakiś strażnik da mi w łeb, wreszcie uwolnię się od Bractwa, Gregoriusa i od CIEBIE! - to mówiąc, Melissa wstała, obróciła się na pięcie i trzasnęła drzwiami.

Garrett jęknął. - A było olać sakiewkę i dać jej zwiać, na zdrowie. Zawsze musisz się wkopać, człowieku. Masz hopla na punkcie ratowania świata bądź jego mieszkańców, osobliwie małych dziewczynek - stwierdził do siebie.
- MELISSA! Wracaj, dziewczyno!

Melissa tylko na to czekała. Pozwoliła się dogonić, przez chwilę udawała obrażoną i nie reagowała, po czym, udając niechęć, stwierdziła:
- No, dobra. Porozmawiajmy na spokojnie.

Dała się zaprowadzić z powrotem. - Właśnie dlatego nie zamierzam się ożenić - burknął Garrett. - Wystarczy, że jednej muszę pilnować. Melissa uśmiechnęła się bezwstydnie - Do usług.
Garrett dał się namówić. Po chwili wyjmował już ekwipunek: "Łamigłówkę", czyli nieodłączną pałkę, kilka granatów błyskowych i gazowych, łuk i kołczan ze strzałami żywiołów. Przez chwilę się wahał, po czym dołożył sztylet.
- Dobra, mała. Idziemy po tego blaszaka.

* * *

Sir Gregorius siedział w zatęchłej celi i wzdychał. Czemu stróże prawa okazali się tak niegodziwi?! Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Nie było to bynajmniej gulgotanie wstawionego strażnika, do czego rycerz zdążył się przyzwyczaić. Za mężczyzną ukazał się drobny cień...

ŁUP!

Strażnik zwalił się na brudną podłogę. Postać w kapturze wykrzywiła się z obrzydzeniem. Po chwili obok zmaterializowała się druga, wyższa, z pewnością męska. Spod większego kaptura dobiegł cichy, dźwięczny śmiech.
- Kolejny z głowy. Miałaś rację - nie ma jak starzy znajomi...
- No widzisz? Prosto poszło.
Gregorius przesunął się w bok celi. Może to bandyci?!
- Tam jest! - dobiegł go tak wyczekiwany głos. Melissa przeskoczyła rozciągniętego strażnika i znalazła się przy zamku.
- Trzymaj się, zabieramy cię stąd.
Zaczęła otwierać zamek. Po chwili wytrychy zrobiły swoje - metaliczny szczęk i rycerz, choć poobijany i wykończony, był wolny. Próbował się odezwać, lecz z ust wydobył tylko jęk. - Masz, wypij to - to mówiąc, Melissa podała zmęczonemu Gregoriusowi buteleczkę z płynem rubinowej barwy. Mikstura lecznicza zaczęła działać już po kilku sekundach. Gregorius zachłysnął się i odetchnął głeboko. Zamrugał oczami, po czym odezwał się zachrypniętym głosem:
- Pani, jakże ci mam podziękować! To już kolejny raz, gdy mię ratujesz z opresji. Jakże się odwdzięczę?
- Może nie przesadzaj z tą obroną czci - dobiegł go cichy głos. Garrett schował już nieprzytomnego do jednej z cel, dołożył nieodłączną butelczynę i przymknął drzwiczki. - Chodźmy już, za chwilę ktoś się zorientuje.
- Gregorius, Garrett ma rację. Poznajcie się - powiedziała Melissa. - Jesteś w stanie chodzić?
- Tak, pani. Jestem wam obojgu wdzięczny. Dziękuję! - powiedział radośnie rycerz i... zatoczył się na ścianę. Strażniczka westchnęła, mamrocząc coś pod nosem o mężczyznach i pomogła mu wstać. Garrett podparł Gregoriusa i dziwna procesja ruszyła w stronę Siedziby Strażników...

* * *

- Nie chcę! Nie będę!
- Właśnie, że tak! Nie uniosę go sama i nie utrzyma się jeszcze o własnych siłach na nogach. Błagam cię, tylko do Magara, potem wrócisz sobie do tego twojego Freuda i reszty.
- Espinosy. Freuda skończyłem. Po raz ostatni mówię: DAJCIE MI SPOKÓJ!
- Pani, czuję się lepiej, gdzie mamy się udać?
- Nie ma żadnego MY, tylko WY!
- Gregorius, nie słuchaj Garretta, marudzi, jak zawsze. Idziemy do mojego zwierzchnika, Pierwszego Strażnika Magara. Chce zadać ci kilka pytań. Wygląda na to, że... Wiesz co bardzo ważnego i jest to niezbędne, by Letheritzia utrzymała się w rękach prawowitego władcy. Te orki... To rasa, którą może wykreować jedynie bardzo silna, zła magia. Nekromancja.

* * *

Strażnik Magar krążył po swoim gabinecie. Tak... Glify nie znikły. Są ukryte, lecz robią swoje. Już niedługo Gwiazda Wschodu ukaże swoją tajemnicę...
Po chwili usłyszał ciche pukanie do drzwi. - Proszę. Drzwi uchyliły się, a po chwili w komnacie pojawili się Melissa i Gregorius. - Niech twój dzień będzie pełen szczęścia, Strażniku Magar - powiedziała Melissa. Starszy Strażnik uśmiechnął się. - Witajcie! Widzę, że nareszcie mamy okazję się poznać. Nazywam się Magar. Rycerz skłonił się. - Gregorius Duneidan, herbu Pudelek Wcinający Cielęcy Gnat, zawołania „Odwagi, uciekajcie!”, to wielki zaszczyt. Chciałbym bardzo podziękować za okazaną mi pomoc. - Nie ma za co, należy sobie pomagać. Tym bardziej, że twoje miasto spotkała taka tragedia. Przejdźmy do komnaty gościnnej - rzekł Magar, prowadząc gości w kierunku północnego regału z książkami. Okazał się on sprytnie ukrytymi drzwiami, które prowadziły do niewielkiego pokoju. Tu także stał duży regał, jednak wystrój uzupełniono o skromną kanapę, szafkę z dziwną rośliną w doniczce i stolik obok, dokładnie naprzeciwko półek z książkami. Magar kontynuował: - Wiem, że miałeś tu niemiłą przygodę, która nieco nadszarpnęła twoje zdrowie, więc nalegam, usiądźcie, proszę.
Melissa i Gregorius usiedli. Pierwszy Strażnik mówił dalej: - Widzisz, znałem króla Sadraksa, korespondowaliśmy ze sobą od wielu lat, mam zaszczyt mienić się jego przyjacielem, dlatego tym mocniej odebrałem tę smutną wiadomość i obiecuję ci, Gregoriusie, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby wam pomóc. O, widzę, że przyniesiono już drobny poczęstunek. Z pewnością jesteście zmęczeni. Częstujcie się, proszę - to mówiąc, Magar podziękowawszy służącemu, odebrał półmisek z owocami, pieczywem i serem. Wstał, podszedł do szafki, po czym postawił na stoliku trzy kielichy z ultramarynowego szkła oraz drobną karafkę z rżniętego kryształu górskiego, w której migotał złocisto-zielonkawy płyn. - Smacznego. Widzisz, Gregoriusie, my, Strażnicy, mamy wieloletnie tradycje, w tym abstynencję, dlatego nie mogę poczęstować cię niczym z procentami. Muszę jednak cię zapewnić, że to maleństwo tylko wygląda niepozornie. Żartuję, że to mój ulubiony rocznik - rzekł, po czym uśmiechnął się przekornie. Gregorius zamoczył usta w dziwnym płynie. Faktycznie, zaskoczył go złożony, owocowy bukiet, dziwna świeżość i ziołowa nuta. - Co to? - spytał z wyrazem błogości na twarzy. Niezwykła energia ponownie zaczynała krążyć w jego żyłach.
- To tak zwana Otsaim, nasz regionalny trunek. Robi się ją z soku jabłkowego i świeżej mięty, po czym dodaje kostki lodu i wyciąga na specjalne okazje. Z dumą i wrodzoną próżnością przyznaję, że to wynalazek Bractwa - odpowiedział Magar.
- No, ale chyba cię zanudzam, a ważne jest to, co masz do powiedzenia. Czy możesz nam opowiedzieć, co działo się z tobą przez ostatnie kilka dni w Letheritzii? Może czuć było jakieś wewnętrzne niepokoje, przybyło jakieś poselstwo do zamku?
Gregorius opowiedział, jak orki go porwały, uwięziły i jak dotarł do Miasta. Magar kiwnął głową. - A odbył się jakiś... turniej czy bal, ktoś wysoko postawiony odwiedzał zamek? Demonstracje czy też pogróżki? Gregorius zamyślił się.
- Tak, 3 dni po porwaniu mnie przez te monstra JKM i jego dwór miał przyjechać do pałacu lorda Chandarava, tego hobbystycznie zajmującego się alchemią krewniaka jego wysokości, na 77. urodziny, który podobno zamierzał naradzić się z JKM w sprawach państwowych. Zaplanowano wielki bal w jego zamku, a termin wypada już pojutrze!
Magar zamyślił się. Ważąc słowa, powoli rzekł: - Wydaje mi się to ciekawe... Ale najpierw, musimy skonsultować się z Radą i Interpretatorką. Melisso, proszę, pokaż naszemu gościowi jego komnatę. Za pół godziny chciałbym, żebyście zeszli do Dolnych Bibliotek, Rowena będzie odczytywać Przepowiednie. Niech Równowaga będzie z wami!
Melissa lekko skłoniła się, więc Gregorius uczynił to samo. Gdy znaleźli się na korytarzu, Strażniczka uśmiechnęła się. - I jakie wrażenia? Gregorius westchnął: - Tak, pani! Pierwszy Strażnik jest wielkim mędrcem! A te wasze mechanizmy... Nawet JKM Sadrax takich nie ma!
- Tak, to wielki człowiek. Włożył w ten gmach wiele pracy, emocji, własnych marzeń. Zamilkła na chwilę, po czym kontynuowała - Magar chce spotkać się z nami u Interpretatorki za pół godziny, ale powinieneś przedtem trochę odpocząć. Tyle wrażeń na jeden dzień to trochę za dużo. I proponuję, żebyś przeszedł na ty.

Skręciła w główny hall. Sklepienie podtrzymywane było przez smukłe, gotyckie kolumny z bazaltu. Szerokie schody pełne były zakapturzonych postaci w prostych, powłóczystych szatach z ciemnej materii. Minęli kilka drzwi, po czym weszli na kamienną klatkę schodową. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi z ciemnego, nadgryzionego zębem czasu drewna. Melissa pchnęła je, po czym znaleźli się w skromnie urządzonym pokoju. Typowa komnata w Siedzibie: z boku, po ścianą proste sosnowe łóżko, obok stolik z nadstawką na książki i utensylia piśmiennicze, krzesło i półka na książki po drugiej stronie, po niewielkim okienkiem z ultramarynowo-złocistą szybą. Bezpośrednio naprzeciwko drzwi stała stareńka szafa. Belki podtrzymujące sufit były delikatnie rzeźbione, rycerz nie widział takich nigdy wcześniej. Melissa podeszła do szafy przy ścianie, wcisnęła niewielki, wyrzeźbiony na jej boku klucz, po czym oczom naszego bohatera ukazały się małe drzwiczki. - Tam jest łazienka, świeże ręczniki są w szufladce pod umywalką, mydło także. A w szafie masz wyprane ubrania na zmianę. Wiesz, nie jest to pewnie twój apartament w Letheritzii, ciuchy też są typowe dla Bractwa, ale z pewnością chcesz się odświeżyć. Pokręć kurkiem w prawo, żeby puścić ciepłą wodę. Na razie cię zostawiam, czuj się jak u siebie. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, po zewnętrznej stronie drzwi jest dzwonek, poza tym, Akolici kręcą się tu pomimo, iż - teoretycznie - nie wiedzą o komnatach dodatkowych - puściła oko i wyszła.
* * *

Rycerz był pod wrażeniem poziomu Bractwa i przyjaznego, choć tajemniczego przyjęcia. Z przyjemnością zanurzył się w ciepłej wodzie. Ech, warto sprowadzić do Letheritzii taki system. Gwiazda Wschodu, jak nazywano jego ojczyste miasto, uważano za bardzo dobre miejsce do wysłania na dwór arystokratów wchodzących w życie młodych ludzi, głównie z powodu etykiety, możliwości startu w polityce i tych marcepanowych ciasteczek (pyszności), jednak nadal powszechnie trzeba było używać szkandel i podgrzewać wodę nad paleniskiem... Potem włożył na siebie "uniform" Strażnika. Normalne strój typowy dla Miasta i Letheritzii uzupełniała owa szaro-czarna szata z kapturem, o długich rękawach. Zajrzał na półkę z książkami. Ile tytułów! "Kurszokowie, czyli dzieje Korony" Rafe'a, "Analekta" Imbrisa, "Aforyzmy" Orbisa, "Historia Zakonu Młota" Elana Starszego, "Krótka rzecz o kulcie Szachraja" Krystyny Młodszej... Nie znał żadnej z nich. Musiały być pisane przez Opiekunów. Było też sporo dzieł starożytnych twórców, kilka mów Cycerona i egzemplarz "Pamiętników" Cezara. Gregorius, który w Akademii Sztuk Wielkich w Letheritzii był prymusem, wziął do ręki "Kurszoków...", po czym ułożył się na łóżku z zamiarem czytania. Po chwili jednak zasnął. Śnił o Mieście.

* * *

- Interpretatorka jest Strażniczką odczytującą Przepowiednie - wyjaśniała Melissa naszemu bohaterowi. Schodzili właśnie krętą klatką schodową do Dolnych Bibliotek, gdzie mieściły się komnaty Interpretatorki i Tłumaczki.
- Szkoli Tłumaczkę, która przekłada Glify na normalny język. To skomplikowane. Widzisz, Rowena została wybrana niedawno, jednak Glifami posługuje się z wprawą. Wiesz, Magar i inni sądzą, że grasz w nich... dużą rolę... - zamilkła.
Znaleźli się w ośmiokątnej komnacie o czarnych ścianach. Jedynym wystrojem były regał, prosta ława i stolik kopisty oraz wielka, dymiąca świeca. Rycerz wolał nie wiedzieć, z czego ją zrobiono. Wokół słyszał tylko urwane szepty. Po chwili zauważył balkony, znajdujące się nad komnatą. To z nich dobiegało szuranie, tłumione głosy i szelesty. W tych dziwacznych lożach siedziało wielu Strażników, przeważnie po trzydziestce i tych starszych, nikt nie był jednak tak pełen spokoju i, jakby to ująć, dostojnej mądrości, co Pierwszy Strażnik. Emanował czymś nie do określenia, jak gdyby przyciągał Gregoriusa do siebie. Taki... Ojcowski? Jakby znał go od wielu, wielu lat.
Nad stolikiem pochylała się młoda kobieta o płomiennorudych włosach przed trzydziestką. Kocie oczy wodziły wzrokiem po pożółkłych kartkach wielkiej księgi, zapisanej błękitnymi znakami. Obok stała niewielka dziewczynka, będąca wręcz pomniejszoną kopią tej nad księgą. - To Interpretatorka Rowena i Tłumaczka Ellen - szepnęła Melissa do ucha Gregoriusowi. Chłopak uważnie śledził każdy ruch. Kobieta położyła dłoń na karcie, która zaczęła pulsować. Glify rozbłysły jasnym blaskiem, który wypełnił pomieszczenie. Tłum zgromadzony na balkonach zafalował. Magar dał znak. Zaczęła czytać.
- ...Psychore luna errand erumanum...
- ...Kiedy krwawy księżyc ukaże się w pełni...
- ...Entente orralis Semele Morrigan, kamalo...
- ...W wigilię Nocy Wiedźm, przybędzie...
- ...Kedan Haref Beldragoni pas...
- ...jeździec Gwiazdy Wschodu...
- ...Et nobilis, tenet et pax...
- ...I szlachetność, nauka i pokój...
- ...R'yleh ibantatem ugozis mort...
- ...Powrócą, by zwyciężyć żywą śmierć...
- Nie! R'yleh ibantatem ugozis mort...
- Właściwie to "powrócą, by zwyciężyć żywego przez śmierć".
- Tak, teraz lepiej. Jest jeszcze to. Nene femminem gibbiceps lumos trevori...
- ...Nie podoła bez pomocy dwojga...
- ...Dra peckolti Splendens ombra...
- ...Jedynego Cienia...
- ...Et Partenos Chorae ende Uruk-Hai...
- ...Oraz Tańczącej z Orkami...
Spojrzała na zebranych, po czym dobitnie powiedziała: - Mektub. Zdjęła rękę z księgi, która straciła blask. Widać było, że są zmęczone, choć ich oczy błyszczały.

Na pewno większość z Was widziała kiedyś naprawdę dużą falę podczas przypływu. Wznosi się, pęcznieje, po chwili zatrzymuje się, w kulminacyjnym momencie zastyga, lekko się kołysząc, po czym... No, spada na dół, niszcząc zamek z piasku. Było podobnie: tłumek Opiekunów zahuczał, jak rój wściekłych szerszeni, po czym głosy zlały się w jedno. Strażnicy, cokolwiek by Wam mówili, mają skłonność uwarunkowaną genetycznie do wywrzaskiwania swoich racji jeden przez drugiego. I nic im to nie przeszkadza. Gregorius nie był jednak przyzwyczajony, przez co czuł się... Eufemistycznie mówiąc, niekomfortowo. - Co to znaczy "Mektub"? - spytał zamyśloną Melissę. Zwróciłą ku niemu zamgloną twarz. - Jest zapisane. Chodź, Magar nas oczekuje.

* * *

- To było o tobie, Gregoriusie. Masz potencjał i wielką misję - oświadczył Magar. Gregorius poczuł się niepewnie. Jakoś nigdy nikt nie oczekiwał od niego tak wiele... czegoś. Owszem, w Letheritzii mieszkał z babką (wielką damą, która doskonale dogadałaby się z teściową sierżanta), ale poza robieniem tego, co chciała, a także uczeniem się do nieprzytomności w Akademii Sztuk Wyzwolonych, było normalnie. Jednak z dziwnych przyczyn chciał sprostać wymaganiom Magara, Melissy, a nawet całego świata. W rycerzu budziły się dawno skrywane ambicje.

* * *

Magar krążył po swoim gabinecie. Melissa i Gregorius słuchali go z uwagą, choć nieco przypominało to monolog.
- Ten Chandarava zajmuje się amatorsko alchemią, ale, co wiedzą tylko Strażnicy i najbliżsi współpracownicy Dyan, najwyższej szamanki Pogan, chodzą słuchy, że bawi się w nekromancję, a to bardzo, bardzo niedobrze. Zbir, który, eee, podawał się za Garretta, musiał być na jego usługach: Melissa miała naprowadzić go na trop. Tam miał załatwić Garretta, by nie dostał się do pałacu lorda.
Kilka kolejnych okrążeń. Pierwszy Strażnik robił to często, kiedy chciał się szczególnie skupić.
- Ten bal to najlepszy sposób na infiltrację jego pałacu. Ty, Melisso, pojedziesz z Gregoriusem na bal, a... eee, Garrett będzie wam towarzyszył. Na miejscu postarasz się zająć uczestników przyjęcia, głównie samego Chandaravę. W tym czasie Gregorius z Garrettem, korzystając z faktu, że lord jest zajęty, przeszukają zamek. Z moich informacji wynika, że w we wnętrzu kryje się przejście do ogrodu, w którym lord ma swój klub ożywieńców. Jest tam też jeziorko z wysepką, na której znajduje się pogańska kapliczka żywiołów. W ukrytej tam szkatułce z kości słoniowej (co za paskudny gość, dba, by zagrożone gatunki nimi pozostały) schowany jest amulet od samej Viktorii. To on daje mu moc tworzenia orków. Gdy Melissa spróbuje się dowiedzieć czegoś od lorda, ty, młody człowieku, wraz z Garrettem, zabierzecie amulet i przyniesiecie do mnie. Zgoda? - Magar był bardzo poważny. Gregorius kiwnął głową. - Tylko czemu lord, który jest bardzo bogaty, tworzy te potwory? - spytał. Melissa westchnęła - Władza. Gdyby dostał w swoje ręce koronę twojego króla, automatycznie trzymałby w szachu innych, no i mógłby rządzić. Dlatego jestem zwolenniczką demokracji.
Magar stwierdził - To prawda. Władza robi z ludzi... Straszliwe istoty. Natomiast myślę, Gregoriusie, ze względu na fakt, że pochodzisz z Letheritzii i znasz te obyczaje, że zadbasz o odpowiedni kamuflaż. Wiesz, zmiana imienia, fałszywy rodowód (Melisso, może chcesz podszyć się choćby pod Elizabeth Rutherford; nie powinni być zdziwieni, w końcu jest czołową trucicielką magnaterii), sposób wysławiania się, strój, etykietę i tak dalej.
- Oczywiście, zrobię, co w mojej mocy. Tylko że... Tam są wymagane określone stroje... - bąknął onieśmielony rycerz.
- Dostarczymy wam wszystko, co potrzebne. Możesz być spokojny.

* * *

- CO?! Ja tego absolutnie nie ubiorę!
- Ale, Melisso, suknia z bufiastymi rękawami i gorsetem to ostatni krzyk mody! Jak inaczej masz udawać księżniczkę z Zamorskich Krajów?
- Powiedziałam, nie włożę tego na siebie! Czy masz pojęcie, jak bym się w tym czuła?! Jak idiotka!
Gregorius przeglądał zamówione przez siebie ubiory. Tak, naprawdę najwyższa jakość. To nowy wynalazek z Miasta: sprzedaż wysyłkowa. Sam wybrał ultramarynowo-błękitny kostium z wyszywaną złotą nicią tuniką za kolana i ultramarynowymi butami z cholewami. Ponieważ nasz rycerz nie miał wcześniej styczności z osóbkami w typie Melissy, pomyślał, że każda kobieta lubi A) różowy kolor, B) małe różyczki na sukni, C) kokardki w tym samym kolorze. Wybrał więc bladoróżową suknię obszytą elegancką koronką, z bufiastymi rękawami zakończonymi obszyciem oraz dekoltem, jak określił to kupiec, "w serduszko, romantycznie, ostatnia okazja". Niestety, Melissa najwyraźniej nie była kobietą, która kupiłaby tą sukienkę. Ostatecznie zgodziła się przebrać. Cóż, efekt był... nieoczekiwany. Gregorius, który z natury był dżentelmenem, a Melissą był zachwycony zawsze i wszędzie, stwierdził, że "wygląda tak olśniewająco, jak rozkwitła róża o wschodzie słońca". Przyjaciółka skwitowała to tylko jękiem: - Mam serce tarantuli, a wyglądam jak beza...

Garrett przyglądał się pokazowi, majtając ze śmiechu nogami na jednej z belek podtrzymującej strop. - Co ci się może nie podobać?! Przecież wyglądasz... Czarownicująco... Taki śliczniutki róż, jak prosiaczek.
- Przestań rżeć, bo zlecisz z dachu - warknęła obrażona dziewczyna. - Ja się w tym plączę! Może ty i Greg pozabawiacie tego lorda, a ja się włamię? To ty się znasz na etykiecie, dyganiu, pląsach i w ogóle...
- Ależ, Melisso, przecież bardzo do twarzy ci w tym kremie truskawkowym, prawda, Greg? - o dziwo, nasz rycerz świetnie dogadał się ze Złodziejem. Jeszcze chyba z nikim nie łączyły go tak przyjazne stosunki, przypominające starszego brata (Garrett, lat 26) i młodszego (Gregorius, lat prawie 20).
- Oczywiście - Gregorius załapał ironię w słowach o kremie, ale się uśmiechnął.
- Arrrgh, błagam, przewrócę się w tej kiecce! - Melissa nie wytrzymała. W tym stanie była groźna i nawet Gregorius mógł się tego domyślić.

* * *

Po kilku lekcjach chodzenia jak dama, picia herbaty jak dama, dygania jak dama, uprzejmej konwersacji z Wyższych Sfer jak dama oraz jedzenia, żartowania, zwracania i tańczenia jak dama małe szkolenie zakończyło się sukcesem. Rycerz był wniebowzięty, Garrett odkleił się od Freuda i od wielu, wielu dni się śmiał, a Melissa - cóż, lewitowała ze szczęścia, że ma to za sobą. Ostatecznie zdecydowali się na ciemną, ultramarynową suknię bez bufiastych rękawów, za to z sensowną ilością zdobień i pelerynę w komplecie. Melissa i tak zabrała swoje normalne ubrania Strażniczki, jednak, chcąc, nie chcąc, zgodziła się na sukienkę nazywaną kałamarzem. Wsiedli do powozu i skierowali się w stronę Letheritzii...

* * *

- Wysłałem już odpowiedź do lorda.
- Hę?
- Na takich balach etykieta wymaga, by goście przysłali gospodarzom liścik, w którym informują, czy przyjadą na bal, kiedy i z kim - tłumaczył Gregorius. Melissa przekrzywiła głowę. - I co dalej?
- Odpisałem, że nie jestem pewien, z kim przyjdę, ale być może lady Elizabeth Rutherford zgodzi się mi towarzyszyć. A propos, kto to jest?
Melissa uśmiechnęła się. - To nasza główna okręgowa trucicielka. Wiesz, arystokracja to organizm przypominający dżunglę. Przetrwają najsilniejsi, a Elizabeth używa trucizn jako argumentów w dyskusjach o spadkach i tym podobnych.

* * *

- Co się dzieje? Dlaczego stoimy? - rycerz wiercił się w powozie. Melissa wzruszyła ramionami. - Pewnie znowu roboty drogowe. W tych okolicach drogi są fatalnej jakości.
- Uhm… Rząd ma gdzieś potrzeby obywateli… - gderanie Garretta przerwał krzyk woźnicy. Nim towarzystwo zdążyło zareagować, do środka wpakował się osiłkowato wyglądający obwieś z obnażonym nożem. Wokół pojawiło się jeszcze kilku innych zbirów z maczugami i nożami. Herszt ciął na oślep w kierunku Melissy. - Zostaw ją, obwiesiu, lub posmakuj mojego gniewu w obronie czci mej pani! - wrzasnął rycerz. Zbój, jak można się tego było domyślić, nie przejął się tak dwornym komentarzem i bez problemu go odepchnął. Garrett zwinnie przeskoczył przez siedzenie, po czym podciął atakującego krótkim kopniakiem - dość dziewczyńskim, lecz zdecydowanie skutecznym ciosem w łydkę. Zbir huknął o drewnianą podłogę, roztrzaskując doszczętnie drzwiczki. Gregorius pozbierał się z trawy, po czym wyrżnął w przeciwnika jego własną maczugą. Ten kwiknął, po czym osunął się, ogłuszony, w czym dzielnie dopomógł prawy sierpowy Strażniczki. Rycerz wydobył mieczyk, po czym wykonał kilka pięknych sztychów w kierunku pozostałych dwóch zbirów, próbujących uciec po sromotnej porażce swego szefa. Dał tym samym Garrettowi i Melissie czas do wyciągnięcia granatu gazowego i uśpienie bandy. Naszym bohaterom, poza kreacją dziewczyny, która poległa na polu bitwy, nic się nie stało.

Gregorius pomagał Garrettowi zaciągnąć ogłuszonych zbójów w krzaki jeżyn. To musiało boleć, ale innych zarośli odpowiadających gabarytami do osiłków, którzy mieli być tam ukryci, w okolicy nie było. Drzewa były zbyt smukłe. Traw brak, jak to w ciemnym lesie. Rycerz znalazł przy pasku herszta bandy dziwną, wymiętą karteczkę. - Chyba mam poszlakę! - wykrzyknął z entuzjazmem. Przyjaciółka odpowiedziała, patrząc na strzępy kreacji: - Tak, to bardzo miło, Greg.
- Co robimy? Nie możesz udawać jakiejś damulki w tym stanie, to oczywiste - Garrett zmierzył jej postać krytycznym wzrokiem. Towarzystwo bezradnie rozglądało się wokół pobojowiska.
- Została jeszcze ta różowa - ponuro stwierdził Gregorius, pociągając nosem.

* * *

- Chcesz w zęby? - spytała słodziutko Melissa. Kałamarz przedstawiał dość nieoczekiwany widok - pelerynka wyglądała jak szmata, ale osłoniła sukienkę. - Nie zamierzam się przebierać - oświadczyła. - Zostawię płaszcz i będzie w porządku. Lepiej pomyślmy, co ten przyjemniaczek ma z nami wspólnego.
Gregorius oglądał kartkę. Była naprawdę dobrej jakości, jakiś czas temu musiała błyszczeć, a potem miała przykre spotkanie ze zbirem. W prawym górnym rogu widniał obrazek herbu - kobaltowy szakal w koronie, a wokół postaci - ornamentyka roślinna. Rycerz myślał. Dla większości jest to proces długi i bolesny.
- Popatrzcie, znam ten herb! To przecież znak rodowy imć Chandaravy! - wykrzyknął. Garrett zmarszczył brwi. - No, to ktoś nas widocznie nie lubi.
Zwinął kartkę w rulonik, po czym delikatnie włożył do jednej z wewnętrznych kieszonek płaszcza, który Gregorius dostał od Pierwszego Strażnika. - Uważaj i nie zgub - powiedział.
- A może jakimś cudem lord dowiedział się o planowanym podszyciu pod Elizabeth Rutherford? Garrett stwierdził - To niemalże niemożliwe, ale to nasz jedyny punkt zaczepienia. Ktoś chce się nas pozbyć.
Rycerz kiwnął głową. - Tak czy inaczej, musimy się spieszyć. Już niedługo bal, a teraz chyba i tak nic nie zdziałamy.
- Chyba masz rację - nieoczekiwanie zgodził się Garrett. Miał jednak posępną minę. - Tylko jak dostać się do tej nieszczęsnej rezydencji? - myślał głośno. Melissa wzięła głęboki oddech: - Mikstura szybkości.
- CO?! To nie jest dobry pomysł - jeszcze nigdy tego nie brał! Mikstury szybkości nie powinno się brać bez wprawy, wiesz, jakiego to daje kopa?! - Garrett był zszokowany. Melissa była poważna - Wiem, ale nie mamy wyboru. Ten gość - wskazała na ogłuszonego zbira - może mieć kumpli.
Wyciągnęła małą buteleczkę ze szmaragdowego szkła. Podała ją rycerzowi, mówiąc: - To jest mikstura szybkości, pozwoli na bardzo szybki, niemęczący bieg. Wypij powoli i nie zakrztuś się - jest bardzo ostre.
Rycerz posłusznie wypił płyn. Smakował aronią, drapał i parzył gardło. Zakręciło mu się w głowie. Jednak już po kilku sekundach poczuł rozlewające się po całym ciele ciepło. Melissa i Garrett już wypili swoje porcje i szykowali się do wyjścia z roztrzaskanego powozu. Garrett wziął te kilka kuferków i swój kołczan, poprawił kaptur i podał Gregoriusowi najmniejszą torbę z kilkoma typowymi drobiazgami, które są potrzebne w podróży, a także ofiarowany przez Magara sztylet i kołczan z krótkim łukiem i kilkunastoma krótkimi, pierzastymi strzałkami (rycerz otrzymał lekcje łucznictwa i walki typowe dla Strażników: nie daj się zauważyć, nie jesteś Terminatorem, ale jeśli dojdzie do czegoś, zrób, co w twojej mocy; Garrett określił to prościej: "trzymaj ręce przy sobie, a nie stracisz głowy"). Melissa zabrała swój, pałkę i plecak ze skóry, w którym znajdowały się, jak to określał Garrett, zabaweczki - granaty, wodę święconą i inne przydatne przedmioty. - Dobra, wynosimy się stąd. Greg, nałóż płaszcz. Raz, dwa, trzy! - półgłosem powiedział Garrett. Trzy postaci pędem ruszyły przez ciemnozielony las...

* * *

Rezydencja Chandaravy robiła wrażenie. Gigantyczny gotycki zamek z czarnego bazaltu, tu i ówdzie porośnięty bluszczem i zdziczałymi, czarnymi różami. Letheritzia leży na równinie, nie na wzniesieniu jak chociażby Miasto, jednak zamek lorda był usytuowany na wysokim pagórku (sztucznie zbudowanym, jak wyjaśnił rycerz) otoczonym ciemnym lasem rodem z horroru. Poniżej ściany zamku znajdowało się urwisko z ciemnym jeziorem poniżej. Garrett w duchu gratulował sobie, że zabrał także sprzęt na ożywieńców i inne potwory - facet mieszkający w czymś takim prawdopodobnie hoduje wilkołaki na smyczy jako pieski kanapowe.
Melissa wzięła głęboki oddech i spojrzała na Garretta: - No, to zaczynamy imprezę. Plan jest taki: Greg i ja wchodzimy do środka, ty sprawdzasz zabezpieczenia, ewentualnie ogłuszasz straże. Potem Gregorius wychodzi na znak trzech błysków światła z murów wokół dziedzińca. Ja bajeruję tego gnoma, sprawdzam towarzystwo i wypytuję o napad na króla, a wy szukacie tej szkatułki.
Popatrzyła na wschodzący księżyc. - Garrett, uważaj na siebie. Cień kiwnął głową. - Połamania nóg.
Poprawiła sukienkę, wzięła Gregoriusa pod rękę, po czym zdecydowanym krokiem weszła do środka.

* * *

Cała sala była wykonana z czarnego bazaltu, co sprawiało eleganckie, choć grobowe wrażenie. Sufit podtrzymywały rzeźbione kolumny gotyckie, a schodów strzegły rzeźby szakali identycznych z tym z kartki zbira. Na sali wirowały dziesiątki par, pod ścianami ustawiono niemalże czarne ławy i stoły zastawione suto różnymi potrawami. Znaczną większość gości stanowiły dostojne, łykowate matrony, przywodzące na myśl emerytowane flamingi i łysi, okrągli panowie w śmiesznych strojach, kojarzący się z piłkami, jakich używają Strażnicy w czasie szkolenia. Strażniczka uznała w duchu, że przy tym towarzystwie kolumny nie były potrzebne - zdawało się, że wywołująca dreszczyk muzyka klasyczna gra tylko dla smaku, nie do tańczenia, jako że staruszkowie podpierali ściany, racząc się smakołykami z bufetu. Majordomus z idiotycznym stroju zaanonsował przybycie wrzaskiem:
- Sir Gregorius Duneidan z uroczą towarzyszką, lady... - Miranda - dopowiedziała Melissa. Wyglądała zupełnie inaczej - myślał Gregorius. W eleganckiej ultramarynowej sukni poniżej kostek, z ułożonymi w miękkie loki złocistymi włosami (Strażniczce nie przyszłoby do głowy, co można zrobić z jej wątpliwą fryzurą, a na początku wizyty fryzjerkę - miłą, starszą panią przypominającą nianię z bajek dla dzieci lub wróżkę - trzeba było cucić, bowiem… zemdlała na widok czupiradła zwanego z czystej grzeczności dziewczyną) i wielkim szafirem w prostej kolii na szyi ledwo dało się poznać prawdziwą Melissę-chłopczycę i łachera. -...Mirandą - z ulgą dokończył służący. Zeszli po schodach. Na podwyższeniu siedział dziwaczny, z przepychem ubrany starzec. Miał wszelkie podobieństwa z mumią, z jednym wyjątkiem - mumia już od dawna nie ma nieświeżego oddechu. Purpurowy kostium opinał kościstego starca jak zbroja. Mętne piwne, przekrwione oczy rzucały złośliwe, ukradkowe błyski. Srebrzyste kosmyki i haczykowaty nos dopełniały wizerunku. Gregorius szepnął przyjaciółce do ucha: - To lord Chandarava. Musimy się przywitać i nie zapomnij dygnąć. Staruch spojrzał wyniośle, po czym przybrał coś, co z braku innego określenia nazwiemy uśmiechem krokodyla z niestrawnością.
- Kogo ja widzę, Gregorius! Bardzo dawno cię nie widziałem. O, widzę, że przyprowadziłeś w końcu jakąś damę. Nie próżnowałeś przez ten czas! - wyskrzypiał.
Gregorius mężnie skłonił się, a Melissa... dygnęła, jakby robiła to od urodzenia. Idąc, nie, płynąc przez salę rozdawała uprzejme uśmiechy, lekko skłaniając głowę ku nieco podpitym już lordom, baronom i reszcie tego tałatajstwa, co wywoływało u staruszków - przypływ wigoru, zaś u matron - gotowość do zimnej wojny. Radziła sobie doskonale. Gregorius po dwornym ukłonie rzekł grzecznie - Witam, wasza lordowska mość, to wielki zaszczyt dla nas móc gościć na twym dworze. Ślepia przejechały po rycerzu i Strażniczce. Z braku możliwości przyczepienia się do czegokolwiek, Chandarava powiedział:
- Proszę bardzo. A kto ci towarzyszy?
- To lady Miranda...
- ...Vetinari - miękko zełgała Melissa. Brzydziła się kłamstwem, ale nie było wyboru. - Pochodzę z Ankh.
Oczy lorda zwęziły się.
- Znaczy że, lady Vetinari, ty, Patrycjusz...
Melissa jak gdyby nigdy nic uprzejmie prowadziła konwersację. - Tak, Havelock Vetinari, obecny Patrycjusz Ankh-Morpork, to mój ojciec. Wysłano mnie do tego wspaniałego miasta na dwór lady Duneidan.

Babka Gregoriusa, jak już powiedziano, po śmierci jego rodziców zajmowała się jego edukacją i prowadzeniem przykładnego dworu, na który przyjmowano "na wychowanie" młodych arystokratów. Była wspaniałą kobietą, z wielką klasą (i kasą, dzięki jej mądrym inwestycjom), smakiem i poczuciem humoru bliskiego Garrettowi. Grała na nosie opinii publicznej, zachowując przy tym wszystkie reguły etykiety. Pisała sztuki teatralne, tańczyła tango, grała na gitarze kawałki w stylu "Ave, Trickster!" i hodowała pudelki. Spotkanie z lady Anną w chmarze kochających, merdających psów, które nie widziały świata poza nią, było dla potencjalnego bandyty wielce niebezpieczne. Babka rycerza posiadała ogromny kufer na nóżkach (podobno po jakiejś wielkiej przygodzie w jej młodości z pewnym magiem...), zwany Bagażem oraz monstrualnej wielkości szpile do włosów. I potrafiła zrobić z nich użytek. Bajeczka o nauce była więc prawdopodobna.
- Ach, wybornie, wybornie. Wielka dama, zresztą widać to po wnuku...
- Szanowny ojciec wyrażał się o waszej lordowskiej mości z wielkim uznaniem i ubolewał, iż nie może spotkać się osobiście. Z tego powodu składam w naszym imieniu najlepsze życzenia urodzinowe i wielu kolejnych lat życia. Lord uraczył Gregoriusa i Melissę kolejnym krokodylim uśmiechem.
- Tak, wielce żałuję. Tym bardziej cieszę się ze spotkania. Dziękuję, lady Vetinari, to bardzo szczodre ze strony szanownego ojca i twojej. Gregoriusie, pokaż proszę lady Vetinari galerię naszych rzeźb, jestem pewien, że się spodobają.
Gregorius skłonił się, Melissa dygnęła i powiedziała z ujmującym uśmiechem: - Spotkanie waszej lordowskiej mości było czystą przyjemnością.
W tym momencie w duchu dziękowała przyjacielowi za kałamarz, posiadający długie, staroświeckie rękawy-dzwony, w których fałdach łatwo schowała rękę pokazującą niezbyt elegancki w Letheritzii znak powszechnie nazywany figą z makiem.
Gregorius wziął ją pod rękę, po czym skierowali się w stronę pasażu z wnękami, w których stała kolekcja rzeźb Chandaravy.

* * *

W tym samym czasie, Garrett „sprzątał” rezydencję ze strażników, służących i świecidełek. Najwyraźniej lord albo miał manię prześladowczą, albo czegoś bardzo się obawiał, jakby miał coś do ukrycia, ponieważ straże były rozstawione co kilkanaście metrów. Zainteresowało go co innego: wszystkie kosztowności, ozdoby i dekoracje, cały wystrój, były utrzymane w tonacji pogańskiej - zieleń, brązy, ornamentyka roślinna, kolory i desenie ziemi. Wskazywało to na zainteresowania gospodarza. Im głębiej w domostwo, tym więcej śladów przemawiających za tym, że Magar miał rację. I więcej dziwnych szakali.

Po ogłuszeniu i schowaniu ostatniego strażnika, wyszedł na dach, by wysłać umówiony sygnał. Niestety, na zewnątrz było zbyt wilgotno, by ogień zapłonął. Złodziej z roztargnieniem wzruszył ramionami. Nie da się ich powiadomić; w takim razie pójdzie sam.

Garrett dostał się w pewnym momencie do komnaty, która absolutnie musiała należeć do pana domu. Bogaty wystrój przypominał pokoje Constantine’a w ów feralny wieczór. W takim miejscu jak to z pewnością jest przynajmniej jedna skrytka, tajemne przejście czy ukryta biblioteczka z romansidłami niepozbawionymi soczystych kawałków. Jego uwagę przykuła rzeźba szakala z wielkim szmaragdem w obroży. Na kamieniu widniał wizerunek Oka, znak Pogan w systemie glificznym. Coś tu jest nie tak…

* * *

Intuicja go nie zawiodła - sprytnie wyszlifowany kamień był tak naprawdę przełącznikiem otwierającym kamienny korytarz z zakończeniem nie wiadomo gdzie. Garrett wsunął się do środka, po czym uśmiechnął się do siebie. Zabawa zaczyna się rozkręcać.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118165 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie