Wyszczekani.pl
Strona GłównaSobota, Wrzesień 23, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 582
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
Część II: Mektub. Jest Zapisane
Po kilkuset metrach korytarz kończył się, może 2 metry za wnęką z kilkunastoma małymi kamyczkami z wyrzeźbionymi pogańskimi rysunkami, zachęcającymi drzwiami z kamienia. Uwagę Złodzieja zwróciły jednak małe rowki wokół nich. Garrett wziął do ręki jeden z kamyczków. Miał na sobie wizerunek jednego z używanych przez szamanów (choć głównie szamanki; Poganie stosowali matriarchat) ziół. Pozostałe były ozdobione rysunkami liści, łodyg, bulw i korzeni. Tylko jeden nosił obraz uproszczonej łapy szakala. Garrett rzucił go delikatnie w stronę drzwi, wprost w niewielki rowek...

ŚWIST!

Z otworów wokół drzwi wyleciały małe, ostre strzałki, jakich używają wojownicy Pogan podczas wypraw wojennych. Gdyby stał tu człowiek… Garrett wolał nie myśleć o tym nieszczęśniku. Byłby martwy na miejscu - strzałki takie są zwykle zatrute. Metaliczne szczęknięcie unieruchomiło pułapkę. Powoli i metodycznie, Garrett przesunął się w kierunku drzwi. Otworzyły się z lekkim oporem. Najwyraźniej lord bywał tu często - w korytarzu prawie nie było kurzu ani pajęczyn. Wyszedł na gęsto zarośnięty dziedziniec. Pod jedną ze ścian stały byle jak sklecone stajnie, w których roiło się od bestii: drzewców, małpoludów, modliszek, szczypawek i wilkołaków. Cała ta hałastra kwiczała, wyła, tupała i wydawała mrożące krew w żyłach odgłosy. Najgorsze były jednak wnętrza baraków: niczym konie wyścigowe, znajdowały się w nich ogromne bojowe orki ze szczepu Uruk-Hai. Nie będziemy przytaczać tu ich wyglądu, ponieważ nie dałoby się tego niewielkiego dziełka udostępniać publicznie. Dość powiedzieć, że były obrzydliwe. Garrett układał w myślach plan działania. Nie zdoła ogłuszyć ich wszystkich, za dużo ich. Zabijać nie zamierza, to wbrew regułom i kłóci się z jego kodeksem etycznym. Uśpić gazem: nie ma szans, nie zasną za jednym zamachem, a potworki czujne znajdą zagazowanych towarzyszy i wszczą alarm. Bomby błyskowe: z tej odległości za mało na tyle istot. W pomieszczeniu nie ma żadnej kryjówki, w której w razie odkrycia można byłoby się schować. Z powrotem: nie da rady, najpewniej pułapka już jest gotowa. Należałoby ponownie wykonać sztuczkę z kamyczkiem, a w razie pogoni nie będzie już na to czasu. Tak czy siak, nie ma wyjścia - jest ugotowany.

Jedyny problem w tym, że takiego frazeologizmu brakuje w jego słowniku.

* * *

Powoli, stop. Kroczek do przodu, wstrzymać oddech. Raz, dwa, trzy… Stop. Powolutku do przodu, nie, cofnąć się o krok w tył, cichutko ruszyć ponownie. Uwaga na kamyczek na podłodze. Przylgnąć do ściany. Lekko przesunąć się w stronę drzwi... Stop, bo te paskudy gotowe zobaczyć. Raz, dwa, trzy. Powolutku, mamy czas… Nie, jeszcze nie widzą. Za chwilę ten duży ork się odwróci… Teraz albo nigdy. Raz, dwa, TRZY!

* * *

Garrettowi udało się dobrnąć do drzwi. Ostatecznie bawił się ze stojącymi na straży szczypawkami w kotka i myszkę, ale jakoś poszło. Jakoś poszło… To najważniejsze. Lekko drżącą ręką miękko zatrzasnął je za sobą. Sięgnął do paska, po czym zwilżył usta miksturą leczniczą. Już sam jej zapach przywracał siły. Z pewnej odległości widział jeziorko, na którym znajdowała się wyspa. To tam majaczył kształt kapliczki. W okolicy nie było żadnych stworów poza kilkoma żabami o wybuchowym charakterze. Powinno bez większych problemów dać się je wyminąć. Przy reszcie to wręcz wakacje.

Garrett obszedł jeziorko dookoła. Miało niemalże czarną wodę. Nie było żadnego mostku łączącego ląd z wysepką, jednak doszedł do wniosku, że skoro taki starzec jak Chandarava dostaje się tu bez uszczerbku na zdrowiu, nie powinno być to takie trudne. Wokół rosło mnóstwo drzew, krzewów i innych roślin najróżniejszych kształtów i gatunków. Może w szuwarach jest schowana łódka?

Nie było. Garrett zaczynał robić się nerwowy. Czegoś brakuje, a nie można najwyraźniej dostać się na wyspę inaczej niż przez jakiś podwodny tunel. Wysepka była dosyć blisko brzegu, jednak na tyle daleko, że nikt nie zdołałby doskoczyć na drugą stronę. Peleryna krępowałaby ruchy w wodzie, więc przerzucił ją na drugą stronę. Jakimś cudem zawisła na nisko położonym konarze drzewa zwieszającego się bezpośrednio nad kapliczką. Garrett nabrał powietrza, po czym zanurzył się w chłodną toń…

* * *

Stanowczymi ruchami podpłynął do brzegu wysepki i, nabierając powietrza, wynurzył się. Ten, ku jego niezadowoleniu, okazał się skalisty i ostry. Nie było szans, by podciągnąć się do góry. A więc, pozostaje grota i tunel. Ponownie zanurkował. Teraz, poruszając się wzdłuż brzegu, dostrzegł czarną dziurę w litej skale. Nie wahając się, popłynął do środka. Prąd był tu zadziwiająco silny. Po kilku sekundach, które zdawały się wiekami, w górze zamajaczyła kamienna klapa. Na nieszczęście, nie dała się otworzyć. Garrett próbował, pchał i siłował się z wiekiem, jednak nic się nie działo. Zaczynało brakować mu powietrza. Szybki tok myślowy napędzany adrenaliną dowiódł, że nie zdąży się wrócić i wynurzyć, by nabrać powietrza. Zostało mu około dziesięciu sekund.

Dziesięć…

Ciemna alejka w Południowej Dzielnicy. Tajemnicza, wysoka postać w pelerynie, której nikt nie widział. Nikt? Nie, nikt poza małym, szczupłym chłopcem w cieniu…

„To nie dla ciebie.”
„Proszę, sir, jestem głodny, nie mów Młotodzierżcom. Nie będę...-„
„Masz talent, chłopcze. Zobaczyć Strażnika nie jest łatwo. Szczególnie wtedy, gdy ten nie chce być zobaczony…” „Puść mnie!”
„Potrzebujemy innych tak Obdarowanych jak ty. Jeśli masz dość takiego życia, idź za mną, a ukażemy ci inny świat…”
„Zostaw mnie w spokoju!...”
„Jak sobie życzysz…”

Dziewięć…

Kamienne pomieszczenie pełne stolików. W półmroku pochylone sylwetki piszących. Skrobanie piór i jedna figurka zdecydowanie mniejsza od reszty...

Osiem…

Wielka komnata pełna ksiąg pożółkłych ze starości. Kilka stolików, parę świec. Za jednym z regałów skulona postać pochłaniająca jakiś manuskrypt…

Siedem…

Ogromna sala z bajecznie rzeźbionymi kolumnami. Na kameralnych balkonach dziesiątki osób w czerni. Szum urwanych dyskusji. Wchodzi Pierwszy Strażnik Xavier i Rada. Pod przeciwległą ścianą stoi rząd postaci w powłóczystych szatach i pelerynach. Jedna tu nie pasuje, jest widocznie drobniejsza, ale dzielnie się trzyma. Wszyscy wzruszeni i poważni. Początek inkantacji i tysiące płonących świec w dłoniach zebranych…

Sześć…

Ciemne, rozgwieżdżone niebo. W oddali szumiące, rozświetlone Starodala. Na jednym z dachów mignęła właśnie ubrana na ciemno postać… Cisza.

Pięć…

Ni to wydrążona w jaskini sala zgromadzeń, ni to ołtarz ofiarny, wszystko splątane w pędach roślin. Falujący, brzęczący tłum… Przypominający satyra stwór wypowiadający jakieś niezrozumiałe słowa, błysk krwistoczerwonego, małego przedmiotu… Płomienie…

Cztery…

Dziwaczne, metalowe pomieszczenie. Naokoło mnóstwo robotów i mechanizmów. Na środku starzec w miedzianej zbroi i młoda kobieta o ciemnobrązowych, niemalże czarnych włosach i lekko śniadej skórze w zielono-brązowej sukience… Zielony błysk. Kobieta znika, na jej miejscu widać szybko poruszające się… drzewo? Naokoło pojawia się mnóstwo najprzeróżniejszych roślin, odgłosy walki. Nagle wszystko cichnie, na posadzce strużka zielonkawej krwi… Skulone ciało kobiety, zamykające się soczystozielone oczy… Męski krzyk.

Trzy…

Zagracony pokoik, chyba poddasze jakiejś wieży. W kącie ślady krwi, obraz małej dziewczynki o krótkich włosach i mądrym spojrzeniu. Nagle pojawia się ona. Eteryczna, bladobłękitna figurka dziecka z obrazu. „…Hej… Jak mnie znalazłeś? Jak się tu dostałeś? Bądź ostrożny, bo Kołyska cię usłyszy… Słyszy wszystko”…

Dwa…

Wiedźma… Plac przy fontannie w Południowej Dzielnicy… Potwór spogląda prosto w oczy, widać w nich śmierć. Szybkim ruchem umieszcza Oko u podstawy fontanny… Szum… Pieczenie i nagły ból w prawej ręce… Biały rysunek klucza… Krzyk… „…Znowu stara, znowu słaba… On wygrał”… przeradza się w lament… Staruszkę otacza nieprzejednany krąg zakapturzonych postaci…

Jeden…

Rozpalona ręka, majaczący cień za plecami, deja vu…

Garrett ostatkiem sił pomyślał o otwarciu klapy. A więc tak to się zakończy… Przymknął oczy.
Otoczyła go na chwilę błękitna poświata…

Ciemność…


* * *

W czasie, gdy ważyły się losy Garretta, w gabinecie Pierwszego Strażnika zgromadzili się najważniejsi członkowie Rady, Interpretatorka i Tłumaczka. Całe towarzystwo wpatrywało się w kamienną misę o średnicy mniej więcej dwudziestu dwóch centymetrów, rzeźbioną w Glify. Zawartość misy, fluorescencyjny płyn barwy opalu, bulgotał i kłębił się. Magar z zatroskaniem przechylał głowę. Był podenerwowany z powodu dziwnego uczucia, które trapiło jego, Rowenę i Ellen. W misie zamajaczyły pionowe, czarne ściany jeziorka. W ciemnej wodzie ostatkiem sił dryfowała szczupła postać. - On umiera… - odezwał się zduszonym głosem…

* * *

Otworzył oczy. O dziwo, nic go nie bolało. Wiedział zbyt dobrze, że było to nienormalne. Dziwna sala pełna luster. A więc tak tu wygląda… Dostrzegł wysoką, zakapturzoną postać. Opisać ją jako trupiobladą i kościstą to niedopowiedzenie. Tego jegomościa prędzej czy później poznaje każdy. Zwykle nie jest to długotrwała znajomość. W dłoni, a raczej jej pozostałości, postać trzymała wodze pięknego, mlecznobiałego konia.
- Gdzie jestem?
- CHYBA TY POWINIENEŚ WIEDZIEĆ. WY, LUDZIE, MACIE TYLE WIERZEŃ. NIE SPOSÓB SPAMIĘTAĆ.
- To już koniec?
- ODPOWIEDŹ LEŻY POMIĘDZY TAK I NIE.
- Więc tak to wygląda… Ciekawe. Chwileczkę… co ty powiedziałeś?!
- ODPOWIEDŹ LEŻY POMIĘDZY TAK I NIE. LOGICZNE WYTŁUMACZENIE BRZMI WIĘC: NIE JESTEŚ ANI ŻYWY, ANI MARTWY. OD CIEBIE ZALEŻY, CO BĘDZIE DALEJ.
- Rób, co do ciebie należy. Wreszcie będę miał spokój. Nikt nie woła. Jaki to ma sens?
- TO BYŁABY UCIECZKA. A NIE MA UCIECZEK. SĄ MIŁE RZECZY. KOTY SĄ MIŁE… ciągnął Śmierć niewzruszenie. - I TAKIE KOLOROWE DRINKI Z PALEMKĄ, KORECZKI Z SEREM, FIOŁKI… TEŻ SĄ MIŁE. I WIELBŁĄDY. WIDZIAŁEŚ KIEDYŚ WIELBŁĄDA…?
- Cudnie… W takim razie, panie Kościsty, co mam zrobić? - warknął.
- JAKIM CUDEM MOŻESZ ODCZUWAĆ COKOLWIEK…? - Śmierć miał minę naukowca, który właśnie znalazł wyjątkowo interesujący obiekt badań. - SZCZĘŚCIE, SMUTEK, GNIEW… ZA TO ODPOWIADAJĄ GRUCZOŁY. OBECNIE TO JEDNA Z TYCH RZECZY, KTÓRYCH CI BRAKUJE. LUDZIE. NIE SPOSÓB WAS POJĄĆ.
Śmierć podał Pimpusiowi kostkę cukru, po czym wskazał na lustra.
- TO JEST ZADANIE. MUSISZ WSKAZAĆ, KTÓRY JEST PRAWDZIWY. WTEDY WRÓCISZ NA TAMTĄ STRONĘ.
Odbić były dziesiątki tysięcy. Garrett wystawił do przodu prawą rękę. Widniał na niej dobrze widoczny, bladobiały klucz, jakby dawno temu ktoś rozgrzał go do czerwoności i przyłożył do wierzchu dłoni. - To jest ten prawdziwy.
Śmierć pstryknął kościstymi palcami, co wywołało upiorny dźwięk. - BILET POWROTNY. MIŁO BYŁO POZNAĆ.

* * *

Garrett ocknął się na kamiennej posadzce. Jakimś cudem klapa się otwarła! Czyżby Magar się nie mylił z… Darem…? Nie, niemożliwe. Po prostu do nich nie pasuje. Nie pasuje nigdzie. Chociaż… Jak inaczej wytłumaczyć, że klapa jest otwarta, a on leży w plamie wody na podłodze kapliczki…? Nie czas teraz na to. Wstał, otrząsnął się jak mokry psiak. Z włosów strugami kapała czarna woda. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Ot, kilka wydrążonych w skale wnęk ze zgaszonymi świecami z czarnego wosku, kilka buteleczek i kamieni. Ludzka czaszka i zrobiona z kości figurka Szachraja. Mały otwór w suficie, przez który pada światło księżyca wprost na ołtarzyk z kamienia o gładkiej powierzchni. Nad ołtarzem, pod sufitem, przez otwór wdziera się do środka konar drzewa. W przymkniętej dziupli leży jakiś mały przedmiot. Zapewne lord odprawia tu swoje zombiakowe coctail party. Na korze widoczne były wyrzeźbione trzy znaki. Garrett miał już z nimi do czynienia. Tu należy odprawić Rytuał Korzenia… Wyjął z kołczanu strzałę mchową, po czym wycelował w jeden z rytów. Podobnie zrobił ze strzałą wodną. Na koniec wyciągnął sztylet, po czym zdecydowanym ruchem naciął skórę. Kilka kropel krwi spadło na drewno…

Ze skrzypieniem dziupla się powiększyła na tyle, że można było sięgnąć po rzeźbioną szkatułkę z kości słoniowej, w której spoczywał amulet. Nie wyglądał nadzwyczajnie: ot, zwykła drewniano-kościana ozdoba, figurka młodej kobiety z prawie czarnymi włosami, w skórzanej, naszywanej koralikami sukience do kolan i wianku na głowie. We włosach nieznany artysta wyrzeźbił pędy roślin, a u jej stóp umieścił siedzącego szakala. Garretta przeszedł dreszcz, jednak po chwili zdecydowanym ruchem wziął amulet, umieścił go sobie przy pasku i wyszedł z groty-kapliczki. Po odnalezieniu peleryny szkatułka z amuletem znalazła się w jej bezpiecznej wewnętrznej kieszonce. Czas opuścić bal…

* * *

W tym samym czasie Melissa ukradkowo rozglądała się po kolekcji. Były tu same rzeźby nasuwające skojarzenia z Poganami. Znajdowali się na otwartym dziedzińcu, a światła jak nie było, tak nie ma. - Zmiana planu - szepnęła rycerzowi. - Musimy trzymać się razem, obawiam się, że Garrett ma kłopoty.
- Ratujmy go! - wzburzony Gregorius aż podskoczył. Melissa syknęła: - Cicho! Nie ma szans. Nie pomożesz mu teraz, trzeba robić dobrą minę do złej gry. Chodźmy lepiej z powrotem do tego gnoma, żeby go mieć na oku.

Wrócili do sali balowej. Orkiestra kameralna zaczynała grać walca. Flamingi i łyse piłki ruszyły w taniec. Gregorius zdecydowanym ruchem pociągnął dziewczynę na parkiet. - O żesz! - syknęła, gdy rycerz zmusił ją do wykonania efektownego piruetu. - Co ty…
- Nie, teraz etykieta nakazuje tańczyć - zdecydowanie szepnął Gregorius. - Muszę umieścić w tej figurze rękę na twojej talii, mam nadzieję, że się nie gniewasz…
- Gdzie?!
Gregorius westchnął i obdarzył ją spojrzeniem, które w tanich starych powieścidłach, pamiętających czasy wiktoriańskie określa się mianem „aksamitnego”, „powłóczystego” i „batystowego”. Z pytaniami kierujcie się do kogo innego, nic nie wiem. Prowadził przyjaciółkę delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem. Melissa westchnęła. - I na co mi przyszło…

Sala wirowała jej przed oczami. Wszystkie pary gapiły się na nich tak… natarczywie, że miała wrażenie, że zaraz ucieknie. Po pewnym czasie melodia zmieniła się. Chandarava przydreptał do Melissy, po czym wyskrzypiał - Można? Gregorius trzasnął obcasami, po czym skłoniwszy się, odpowiedział - Oczywiście, wasza lordowska mość.
Melissa wyczuła sytuację, więc wtrąciła z zachęcającym uśmiechem:
- Pańska kolekcja jest wyjątkowa. Z pewnością tak niezwykłe dzieła sztuki mają fascynującą historię. Czy wasza lordowska mość mógłby opowiedzieć o nich osobiście?
Lord po raz pierwszy ukazał zainteresowanie. W przekrwionych oczkach zaczęły tańczyć ogniki.
- Oczywiście, z przyjemnością, lady Vetinari. Zapraszam. Gregoriusie, hrabia Cosagen chciałby cię poznać. Jest od ciebie niewiele starszy, myślę, że będziesz zadowolony.
Gregorius skłonił się, po czym odszedł w kierunku pyszałkowatego, pryszczatego wyrostka w fioletowo-pomarańczowym kostiumie.

Chandarava ochoczo kuśtykał w stronę każdej rzeźby, z zapałem ględząc o jej wyjątkowości. Melissa udawała zachwyt i zainteresowanie, choć obchodziło ją to mniej niż zeszłoroczny śnieg. Miała dawno wyrobione zdanie o starcu z rogami i futrem, przez plemiona pogańskie czczonym jako Szachraj. Nie było ono wysokie.

Po pewnym czasie zapytała:
- Czy wasza lordowska mość także pasjonuje się kulturą Pogan?
- Zdecydowanie, lady Vetinari. Ich początki sięgają daleko w starożytność. To stara religia animalistyczna, wywodząca się z kultu Vicca, jako że sam Leśny Pan jest satyrem, zaś Leśna Pani - pół driadą, pół Entem. Energię czerpie z sił witalnych przyrody i łączy w sobie żeńską siłę Leśnej Pani oraz Matki Ziemi z męskim przewodnictwem Leśnego Pana. To szaleje emocjonujące, ich mitologia jest częstokroć zaskakująca.
- Mnie szczególnie fascynują szamanie i ich praktyki. Przecież ich wiedza zielarska jest ogromna! - Strażniczka ponownie dziękowała za obszerne rękawy-dzwony, jednak musiała ciągnąć tę komedię, a raczej - farsę, aż zdobędą amulet. Chandarava energicznie przytaknął.
- Niektórzy są tak silni, że mogą kreować nowe istoty! Najlepszym przykładem jest Tsikaa, nekromanta z Letheritzii, który żył w niej od wielu, wielu lat dzięki swojemu powodzeniu u Szachraja, który dał mu przepis na napój zatrzymujący proces starzenia się. Tsikaa tworzył wielkie rzeczy - straszne, ale wielkie. Niestety, 2 lata temu zginął w tajemniczych okolicznościach. Zniżył głos. - Chodzą słuchy, że został unicestwiony przez jego własne kreacje, gdy jakiś człowiek z TunFaire zniszczył w wulkanie jego amulet dający u władzę nad bestiami.

Melissa starała się na dać po sobie poznać, że zna zakończenie historii, jej początek, a nawet imię tego, kto uwolnił Letheritzię od nekromanty. Udała zatroskanie.
- To potworne! Taki mądry człowiek, który żył tyle lat, zabity przez zniszczenie przedmiotu… Przerażające.
- O tak, ale po tej tragedii szamani stali się sprytniejsi. Teraz ważne przedmioty są dobrze, dobrze strzeżone. Koniec z samymi bestiami w obozowiskach! Są pułapki, trucizny, uroki i czary zapewniające bezpieczeństwo.
Strażniczka ukradkiem zerknęła na Gregoriusa. Słuchał gadaniny tego Cosagena, który najwyraźniej był kompletnym głupkiem. Przyjaciel wyglądał elegancko, ale zapewne nudził się jak mops.
- Och, wasza lordowska mość, to potworne. Przepraszam, słabo mi, muszę usiąść - zatrzepotała rzęsami. Zadziwiające, ile taki ruch może dać kobiecie. - Zwiedzenie tej kolekcji było czystą przyjemnością! Chandarava był z siebie zadowolony. - Lady Vetinari, było mi szalenie miło poznać. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
Melissa skierowała się w stronę ławy, po czym upewniwszy się, że nikt nie słyszy, szepnęła do siebie:
- Tego się właśnie obawiam, gnomie.
Bal dobiegał końca. Gregorius dołączył do Strażniczki. - I raz ci poszło? - spytał. - Stary wyśpiewał wszystko. Po tych peanach na cześć Szachraja nie mam wątpliwości, kto wbija szpilkę w tron twojego króla. A ty? Gratuluję, że nie zasnąłeś przy tym Cosagenie.
- O tak, straszny nudziarz. Gadał tylko o strojach, jak to on określił? „Flamach”, swoich przychodach i koniach. Co mnie interesują jego pola pańszczyźniane i hodowla królików tricolor? - roześmiał się cichutko Gregorius.

Lord stanął na podwyższeniu, po czym zastukał w kieliszek, dając znak, że chce przemówić. Przywołał na wysuszoną twarz wspomniany wcześniej krokodyli uśmiech, po czym powiedział:
- Szanowni goście! Jestem wybitnie zaszczycony, iż mogłem dziś was gościć w moich progach. Ten czas był dla mnie spędzony w sposób wyjątkowy. Ubolewam, iż musimy się rozstać, jednak liczę na to, że niedługo znów będzie nam dane spotkać się przy wspólnym stole. Chciałbym wam wszystkim i każdemu z osobna podziękować za obecność w tym ważnym dla mnie dniu.

Na sali ozwał się pomruk zadowolenia. Goście zaczęli się zbierać do wyjścia. Strażniczka odniosła dziwne wrażenie, że brawa posypały się nie na cześć solenizanta, lecz jako odzew na wieść, że można już wychodzić. Melissa jeszcze raz dygnęła lordowi, zaś Gregorius skłonił się, po czym wyszli. Gdy fala gości wypłynęła z zamku i wpakowała się do karet, powozów i zaprzęgów (warto wspomnieć, iż starsi panowie z widoczną niechęcią opuszczali towarzystwo Strażniczki), z murów wokół rezydencji zeskoczyła czarno odziana postać. Garrett triumfalnie rozchylił płaszcz - na pasku wisiała przytroczona już szkatułka z amuletem. - Wybaczcie za brak sygnału. Było zbyt wilgotno. Później wam opowiem - rzekł półgłosem. Melissa kiwnęła głową, a rycerz powiedział: - Martwiliśmy się, co się z tobą dzieje.
Garrett odwrócił się. – Co…? Wy…? Martwiliście się? Dzięki, ale jakoś poszło. Opowiem, jak dojedziemy do Miasta. Tu jest naprawdę niebezpiecznie.
Wyciągnął trzy szmaragdowe buteleczki z miksturą szybkości. Garrett wyciągnął rękę, by podać fiolkę rycerzowi, jednak zadrżał i syknął. Z prawej dłoni obficie płynęła krew. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak źle się czuje od momentu zanurzenia się w jeziorku. Zrobiło mu się zimno. Gregorius zauważył bladość na jego twarzy. - Ty jesteś ranny! - zawołał. W odpowiedzi Garrett machnął ręką. - Eee, nic mi nie będzie. Przejdzie. Na pewno. Teraz są ważniejsze sprawy.
Spróbował wykonać ruch do przodu, ale tylko skulił się w pół. Melissa odgarnęła włosy do tyłu. - Nie możesz w tym stanie się nadwerężać. To nie wygląda dobrze. Ciekawe, ile krwi straciłeś. Coś ty tam u licha robił?!
- Powtarzałem Tolkiena - sarknął Garrett. Gregorius starał się załagodzić sprawę. - Nie kłóćcie się. Może udamy się jeszcze do mojej babci? Martwię się o nią, długo jej nie widziałem… Tam będzie można opatrzyć rękę - zaproponował. Melissa stwierdziła - Greg, to świetny pomysł. Na razie, skorzystaj z mikstury leczniczej.
Garrett pokręcił głową. - To nic nie daje. Próbowałem już. Obawiam się, że ten staruch jest bardziej cwany niż nam się wydaje. Ma tam własny klub ożywieńców.

* * *

Willa należąca do babci Gregoriusa była zbudowana z białego kamienia. Leżała przy Alei Zwycięstwa (prawda jest taka, że nikt nie wie, jakiego), głównej promenadzie Letheritzii, w pięknym ogrodzie angielskim z basenem, pełnym dębów, brzóz i kasztanowców. Pod największym kasztanem założono sztuczną sadzawkę, w której lady Anna pozwalała kąpać się swoim pudlom. Warto wtrącić, iż ta wielka dama dla swoich ulubieńców założyła także mały tor agility, miniboisko do frisbee i piaskownicę, by nie musiały, tak jak inne, pozbawione tej wygody psy, kopać w klombach kwiatowych, przyprawiając tym samym architekta zieleni i ogrodników o zimne dreszcze. Ta wspaniała kobieta kazała zbudować garaż, by mogła grać wraz ze swoim trance’owym zespołem „Shadows Guild” jak należy, przyprawiając sąsiadów o skoki ciśnienia (Aleja Zwycięstwa była najbardziej luksusową dzielnicą w Letheritzii, zamieszkaną w dużej mierze przez ludzi w typie gości Chandaravy). Uwielbiała ten typ muzyki. Kochała też muzykę klasyczną, dobry jazz i niektóre kawałki gotyckiego rocka, jednak grała tylko trance.

Gdy nasza trójka dobrze po północy dotarła do willi babci rycerza, od razu odniosła wrażenie, że coś tu jest nie tak. Przede wszystkim, nie było straży. Po drugie, wszędzie było niezwykle cicho. Zbyt cicho. Jednak dopiero, gdy Gregorius otworzył drzwi i weszli do środka, ich oczom ukazało się pobojowisko godne niedawnego miejsca walki kilku armii bez bliżej sprecyzowanej taktyki bojowej. Wszędzie walały się zapisane, pokreślone i potargane kartki papieru. Na dywanie przed kominkiem w salonie leżało… kilka jeszcze świeżych kości. Donica zawierała częściowo przeżute rośliny. Wielka zbroja rycerska była do wysokości mniej więcej kolana w dziwnym żółtawym płynie… W całym bałaganie tu i ówdzie, niczym wątpliwe konfetti, unosiły się małe, kolorowe piórka. Gdy oniemiała trójka stała w przejściu, zza potężnej kanapy dało się słyszeć głębokie wycie. Wilkołaki w środku miasta?! Gorzej. Po chwili, oczom naszej trójki ukazał się… mały, szary pudelek.
- Kiełek! - rzucił radośnie Gregorius. Piesek zamerdał wachlarzowatym ogonkiem, po czym przewrócił się na plecka z zamiarem radosnego oczekiwania na podrapanie po kosmatym brzuszku. Chłopak zsunął się na dywan. - Kiełek, gdzie jest babcia? Gdzie jest pani? Piesek popatrzył z filozoficznym westchnięciem na chłopaka, jak gdyby zastanawiał się, jakim cudem tak ograniczone, choć sympatyczne stworzenie jeszcze chodzi po tym okrutnym świecie, po czym wstał i obrócił się w stronę okrytych cieniem schodów…

- NA PODŁOGĘ! MAM PSY I NIE ZAWAHAM SIĘ ICH UŻYĆ!
Gregorius podskoczył na równe nogi. Z mroku wychynęła wysoka, koścista postać dzierżąca w ręce wielki miecz. Odziana była w długą, szeleszczącą suknię z odkrytymi plecami - najnowszy krzyk mody w Djelibeybi, w kolorze odblaskowej żółci. Po ułamku sekundy chłopak wrzasnął: - Babciu!
Starsza pani wypuściła miecz, po czym zdecydowanym ruchem objęła Gregoriusa. - po co te wrzaski, chłopcze? Wystraszysz mi służące! - stwierdziła. Gregorius zamrugał. - Co się tu wydarzyło? Czyżby był napad?
- Jaki napad?! Greg, naczytałeś się za dużo Agathy Christie - lekceważąco machnęła ręką. - A to? - spytał z kwaśną miną wnuczek, zataczając ręką koło na rozgardiasz wokoło.
- No, co? Byłam z zespołem na trasie. Nie miałam czasu na bzdury. Nagraliśmy kilka kawałków i zagraliśmy w Ankh-Morpork. Nosili nas na rękach! Ten młody Jacob von Marder jest świetny. Gra na perkusji jak szatan - z widoczną satysfakcją stwierdziła staruszka.
- Dlatego nie odzywałaś się do mnie? Nie dawałaś znaku życia! Odchodziłem od zmysłów!
- Powinieneś się przyzwyczaić, że mam także własne życie twórcze. Nie tylko tych bufonów z lekcji wychowania.
- A rozrzucone kartki?
- Miałam wenę. Wiesz, że wtedy nie wolno mi przeszkadzać. Chaos twórczy, wiesz.
- Ale przecież masz służbę! Pokojówki, służących, panienki do towarzystwa… Ktoś powinien tu posprzątać.
- Co?! Te małe trzpiotki?! Odesłałam je do van Winklów. Ględziły tylko o balach, strojach i wyszywaniu chusteczek. Kiedy spytałam, co sądzą o Pratchetcie i Cooku, zatkało je, a kiedy zaczęłam im czytać kawałki, spłoniły się jak pomidor i po prostu uciekły. Rozwiązałam im kontrakty - nie potrzebuję dewotek i laluń. A służące wysłałam na długi weekend. Przeszkadzają mi w pisaniu; dla nich piosenki to tylko „Szła dzieweczka do laseczka”i tym podobne bzdury - odparła lady Anna.
- A kwiatki?
- Najwyraźniej Saba zrobiła sobie sałatkę. Wiesz, od kiedy wyjechałeś, ma problemy z brzuszkiem.
Gregorius chodził w kółko po sali jak Magar. - A zacieki na zbroi dziadunia?! - jęknął z rozpaczą. Babka rozejrzała się, po czym obróciła w stronę pieska.
- Och. Kieł, masz załatwiać te sprawy na dworze, rozumiesz? Na drzewach, dla przykładu.
Piesek potulnie przywarował obok nóg swej pani, po czym zaczął obgryzać kość zdecydowanie za dużą dla zwierzaczka jego rozmiaru. A co tam.

Rycerz siadł na kanapie i zamknął oczy. - A ta sukienka? Limonka? Babciu, ty nie jesteś, za przeproszeniem, nastolatką!
Staruszka z godnością sprostowała: - Oktaryna, nie limonka. Inaczej kolor magii, chłopcze. Skoro królowa Ptraci może ją nosić, to ja też.
- Ależ, babciu! Z całym szacunkiem dla królowej Djelibeybi, kiedyś była podręczną! No i ma teraz dopiero dwadzieścia pięć lat!
Anna machnęła kościstą ręką. - I co mi zrobisz? - odrzekła spokojnie, po czym uśmiechnęła się z satysfakcją.

Gregorius westchnął, po czym przedstawił przyjaciół. Lady Anna przywitała się, po czym sama z siebie stwierdziła do Garretta: - No, ale ty, młodzieńcze, jesteś ranny. Chodź, idziemy po medyka. A ty, mój drogi - odwróciła się w stronę wnuka - przypilnuj, by twojej przyjaciółce było przyjemnie. Wezwij kucharzy i służących, niech zaczną przygotowywać szybką kolację. Zjemy w salonie, jadalnia jest w jeszcze gorszym stanie. Gdy tylko skończymy z tą ręką, wrócimy. Przyniosę gitarę - obiecała, po czym przekręciła się na pięcie i pociągnęła osłabionego Złodzieja w korytarz.

Gregorius jęknął. - Tylko nie to! Melissa uśmiechnęła się: - Co? Twoja babcia jest wyjątkową osobą. Chciałabym posłuchać, jak gra.
- Uwierz mi, nie chcesz - ponuro stwierdził rycerz.

* * *

Lady Anna dotrzymała obietnicy. Po prawie pół godzinie przytaszczyła ogromną, malowaną w trupie czaszki gitarę. Garretta nie było. - Wasz przyjaciel stracił wiele krwi. Kazałam mu położyć się w pokoju gościnnym i odpocząć - uspokoiła Melissę i Gregoriusa.
Usadowiła ich na kanapie, sama usiadła w fotelu, po czym klasnęła w ręce. Na ten znak cały salon zaroił się od pudelków dużych i małych, białych, czarnych, morelowych, brązowych i szarych. Posiadały takie imiona jak poznany już przez Melissę Kieł, zdrobnienie Kiełek, morelowa Saba, brązowy Hugo, czarna Negra, biały Grand, młodziutka Yumi w ubarwieniu arlekin, czyli biało-czarnym czy zdecydowany przywódca bandy, przepraszam, sfory, czarno-morelowy pudel toy Amber, który z wdziękiem wskoczył babce rycerza na kolana i ułożył się, czujnie obserwując gitarę. Lady Anna oświadczyła:
- No, dobra. „Sound of Silence” - mój ulubiony kawałek. Gramy!
Przyłożyła rękę do strun, zabrzmiały pierwsze tony, po czym zaczęła śpiewać:

- “Hello, Darkness, my old friend,
I've come to talk with you again,
because a vision softly creeping,
left its seed while I was sleeping,
and the vision
that was planted in my brain...
still remains
within the sound of Silence.

In restless dreams I walked alone
narrow streets of cobblestone,
‘neath the halo of a street lamp,
I turned my collar to the older damp
and my eyes were stabbed by the flash of neon light -
that split the night -
and touched the sound of Silence.

And in the naked light I saw
ten thousand people, maybe more.
people talking without speaking,
people hearing without listening,
people writing songs, that voices never share
and no one dare
disturb the sound of Silence.

"Fools!" said I, "you do not know
Silence like a cancer grows."
"Hear my words that I might teach you,
take my arms that I might reach you".
But my words like silent raindrops fall
and echoed, in the wells of silence.

And the people bowed and prayed
to the neon God they made
and the sign flashed out its warning.
In the words that it was forming,
and the signs said: "The words of the Prophets
are Written on the subway walls
and tenement halls
and whispered in the sound of silence…”

Melissa zastanawiała się, jak ta staruszka potrafi wyciągnąć z siebie takie dźwięki. Melodia, przecież oparta na raptem kilku nutach, przejmowała do głębi i unosiła daleko, w stronę rodzinnego Miasta i jeszcze dalej. Pudelki cichutko mruczały, popiskiwały i zawodziły do taktu. W końcu ostatnie dźwięki umilkły, ogień na kominku trzaskał łagodnie, a salon pogrążony był w milczeniu. Przełamał je Gregorius.
- To coś z Homera? - spytał.
- Coś ty - babka wyglądała na oburzoną - Simon i Garfunkel! Widzisz, Melisso, mój wnuk jest dobrym chłopcem, ale na muzyce zna się tyle, ile ja na szydełkowaniu.

* * *

- No, a powiedz, moja droga. Czy u was w Mieście grają coś ładnego?
Melissa odpowiedziała łagodnie - Raczej to, co typowe: muzykę sakralną Młotodzierżców, pieśni Pogan, trochę klasyczną u arystokracji. No i u nas, śpiewane legendy i wyjątki z Bibliotek, ale tylko w Siedzibie.
Starsza pani przechyliła głowę z zainteresowaniem. - Tak, a co na przykład? Strażniczka zamyśliła się. - „Tomorrow I will fly awal” - odparła. - Albo „Pieśń o Mieście”, tego trzeba się uczyć na pamięć na pierwszym roku.
- Zaśpiewaj nam - zachęciła Anna. - Znasz nuty?
- Tak, ale…
- To podaj!
- Ale…
- Co?
- Ja nie śpiewam dobrze…
Staruszka żwawo machnęła ręką. - Bzdura! Każdy umie śpiewać. Chodź ze mną na chwilę.
Rzuciła wnukowi do ręki pęk zdobionych w ułożone naprzemiennie wilcze łby i psie łapki powrozów, które po bliższych oględzinach okazały się smyczami. - Greg, wyprowadź pieski na wieczorny spacer. Chłopak podniósł się. - Tak, babciu, już idę.

* * *

Gdy Gregorius wrócił ze spaceru z pudelkami, jego oczom ukazał się niezwykły widok: jego babcia siedząca z Melissą na kanapie, rozmawiające jak przyjaciółki od zarania dziejów. Anna klasnęła na jego widok.
- Siadaj, chłopcze. Przygotowałyśmy dla ciebie mały koncert. Dawaj, moja droga!
Staruszka wydobyła z gitary tęskną, zawodzącą melodię. Melissa przymknęła oczy:

- Tomorrow I will fly away
And you can’t see me for so long.
Now, I must find my broken heart,
Because it’s still singing a lament song.

Tomorrow I will fly away,
Alone and without anyone.
Maybe I will find the right way
And say goodbye before I gone.

Maybe you will hear my quiet stride -
Under the darkness I will go.
Now, I am going to say goodbye
And fly away before first snow.

When evening to the City came,
I will be flying to the North.
Before the dawn I’ll go away
And disappear without a word.

The quiet shadows came with me,
So please, don’t say, that I’m alone.
I’ll fly to the North without being seen,
Without a love and real home.

The latest thing what I can tell
Is that I please: don’t be so sad.
Tomorrow I will fly away,
But believe me: it’s nothing bad.

Odpowiedziała im burza oklasków wywołana przez jedynego widza. Gregoriusowi kręciło się w głowie. Uczucie, którego właśnie doświadczył… zauroczenie. To przechodzi ludzkie pojęcie.

* * *

Po niecałych dwóch dniach, Gregorius, Garrett i Melissa opuścili Letheritzię i willę ekscentrycznej staruszki. Czas spędzony u babci rycerza upłynął pod znakiem wizyt w bibliotece (Garretta zachwyciły jej zbiory: staruszka uwielbiała tych samych autorów; Pratchett, Cook, Espinosa, Coelho czy Freud „ cały dorobek literacki na ciemnych, kasztanowych półkach), gry na gitarze, wyprowadzania pudelków i gry w pokera. Staruszka z radością stwierdziła, że że Garrett może już wstać, ponieważ „potrzebuje czwartego do brydża”. Wzbranianie nic nie dało. Na „brydżyku” czy makao się nie skończyło. Anna niejako zmusiła towarzystwo do „rżnięcia” w pokera; sama bezwstydnie szachrowała w kartach i piszczała jak dziecko. Żegnała ich z widocznym żalem i wymusiła obietnicę, że przybędą na jej najbliższy koncert. Koniecznie chciała pochwalić się owym utalentowanym perkusistą von Marderem. Gdy potrząsała ręką Melissy, szepnęła do ucha: - Tylko pilnuj tego mojego wnuka. Te jego ugrzecznione maniery… nie chcę, żeby się zbłaźnił.

Gdy przestąpili próg Siedziby, oczom rycerza ukazał się niepokojący widok: cała sala główna brzęczała przyciszonymi rozmowami, szeptami i komentarzami. Tłum zakapturzonych postaci falował i szumiał. Wyglądało, że czekał… na nich. Melissa była wyraźnie spięta. - Chodź szybko - syknęła, po czym zdecydowanym ruchem chwyciła go za rękę i ruszyła do gabinetu Pierwszego Strażnika. Tłum zafalował, po czym ruszył w ich kierunku. Grupka nowicjuszy, najwyraźniej z wychowawcą, wyciągała szyje, by zobaczyć rycerza. Strażnik uciszał ich i strofował. Po chwili znaleźli się w komnatach Magara, który zatrzasnął drzwi. Rycerz zauważył, że bardzo się postarzał. Bez słowa wskazał im miejsca, po czym przeciągnął ręką po włosach.
- Dobrze, że już jesteście. Jak wam poszło? - spytał nerwowo.
Melissa odparła: - Mamy amulet. Oraz dowody na to, że Chandarava jest związany z Poganami i para się nekromancją. Eee, Garrett… widział u niego w sekretnych komnatach bestie i orki ze szczepu Uruk-Hai… i on… - zamilkła. Nastała smutna cisza. Po chwili Magar zaczął:
- Skorzystaliśmy z Urny Bilokacji. Widzieliśmy wszystko. On… nie mogę…
- Spokojnie, żyje. Dzięki Gregoriusowi i jego babci - uspokoiła Magara, który wyglądał teraz po prostu jak mały, zmęczony staruszek o mysich włosach. Odetchnął głęboko, z ulgą. - A więc nie wszystko stracone.
- Co się stało? - spytał niecierpliwie Gregorius.
Magar krążył w kółko. - Dar - stwierdził krótko. Oczy Melissy rozszerzyły się. - A więc to prawda? - szepnęła. - Wielkie Glify nadal…żyją?
- Tak. To, że ich nie widzimy, nie jest żadnym dowodem na ich brak. Tak samo fakt, że Rowena nie tylko może odczytywać, ale i poruszać Glify. Gregoriusie, ten błękit oznaczał, że Glify nadal działają.

* * *

- Czym są Glify?

Gregorius siedział w swojej komnacie. Melissa popatrzyła na niego poważnie.
- Glify… to rodzaj siły, poniekąd magicznej, ale nie ma w nich nic wspólnego z amuletami, urokami czy czymś podobnym. Niektórzy nazywają tę siłę Gaią, od imienia Gai, greckiej bogini matki, Matki-Ziemi. My uważamy, że Glify są dobrą siłą, którą człowiek musi wykorzystać do utrzymania Równowagi świata. Na Dalekim Wschodzie ludzie wierzą w narfy, wodne nimfy żyjące na dnie Oceanu i Okrągłego Morza. Według tamtejszej legendy to one powołały Bractwo Opiekunów. Tej legendy uczy się na pierwszym roku. Brzmi tak:
„Dawniej, istoty wodne były blisko związane z ludźmi. Inspirowały nas, przepowiadały przyszłość, a wszystkie Przepowiednie się spełniały... Potem ludzie przestali słuchać. Potrzeba podbojów zaprowadziła nas wgłąb lądu. Magiczny świat mieszkańców oceanów oddzielił się od świata ludzi. Z czasem istoty wodne porzuciły swe próżne wysiłki... Świat ludzi stał się bardziej brutalny. Pozbawieni przewodnictwa, wszczynaliśmy kolejne wojny. Teraz, dobre istoty wodne znów próbują. Próbują do nas dotrzeć... W tym celu wysyłają do nas swe ukochane dzieci. W środku nocy prowadzą je do ludzkich siedzib. Wystarczy je zobaczyć, by człowiek się przebudził... Lecz wodne dzieci mają wrogów. Mimo istnienia Praw, które je chronią, ryzykują życie. Wiele z nich nie wraca... Wciąż jednak próbują. Próbują pomóc ludziom. Czy będziemy potrafili ich posłuchać...?” – uśmiechnęła się smutno do swoich myśli.
- Piękne. A Opiekunowie?
- Jest też druga część, mówiąca o tym, że narfy wybrały garstkę ludzi, którzy pozostali im wierni i czerpali od nich wiedzę. Tak powstało Bractwo. Na kontynencie azjatyckim nazywane było Gildią Oświeconych lub po prostu Gildią. Jej członkowie posiadali wielką wiedzę z zakresu matematyki, astronomii, fizyki oraz medycyny, dzięki czemu w szybkim tempie ludność zaczęła osadzać ich w starszyznach plemiennych, które później przekształciły się w rady. Członkowie Gildii, nazywani na tych terenach Oświeconymi, cieszyli się wielkim szacunkiem. Po pewnym czasie stali się kapłanami, by wykorzystywać wiedzę na korzyść ogółu danej społeczności. Gdy Chiny stały się cesarstwem, a władcy nie chcieli dzielić się wiedzą z ludem, Opiekunowie opuścili te ziemię, by nigdy nie powrócić.
W starożytnym Egipcie stworzyliśmy podstawy wielu dziedzin, dzięki czemu byliśmy de facto najważniejszymi osobami w kraju, stanowiąc najbliższych doradców faraona. Pod rządami Starych Władców państwo rozkwitło. Później, nowi faraonowie stali się pyszni, aroganccy i dumni; przestali radzić się Bractwa, odtrącili ich pomoc. Potrzeba podbojów zaprowadziła ich w głąb lądu. Ich świat stał się… bardziej brutalny. Wtedy Strażnicy wyszli z Egiptu, przewidując rychłą zagładę państwa. Pozbawieni przewodnictwa, władcy kraju znad Nilu wszczynali kolejne wojny. Lud głodował i buntował się. Możni i kapłani egipscy zagarniali bogactwa tylko dla siebie. Dynastia wygasała, skarbiec świecił pustkami. Granice były niepewne, zaś wrogowie kraju rośli w siłę. Wkrótce, nękany najazdami Egipt pogrążył się w chaosie… To było do przewidzenia.
- I co dalej?
- Cóż, Europa była przez długi czas nieprzyjazna człowiekowi. W tym okresie wielkie obszary pokrywała dziewicza puszcza poprzecinana rzekami i jeziorami. Nasz kontynent poza południowymi brzegami, gdzie kwitły cywilizacje Greków i coraz bardziej ekspansywnych Rzymian, był w większości niezamieszkany - ziemia poddała się człowiekowi jedynie w najbardziej przyjaznych miejscach; do czasu, gdy nasi przodkowie, przybyli z południa, skierowali się na północ, w kierunku mglistych wód obecnego Kanału La Manche. Przepłynęli Okrągłe Morze. I popłynęli Oceanem w kierunku dzikich klifów Brytanii, gdzie leży obecna Karenta, na północy - Venageta, zaś pomiędzy, w kierunku północno-zachodnim - Kantard, niestety, czyli pięta Achillesowa całej wyspy.

Westchnęła, po czym mówiła dalej.

- Grupa naszych poprzedników wylądowała na południowym brzegu wyspy, u ujścia wielkiej rzeki Fae, mającej swe źródło na północy, w łańcuchu górskim Carnfae opasującym naturalnym murem teren rozległych ruin. Znaleźli pozostałości wspaniałego miasta, Karath’din, wzniesionego przez nieznany dotychczas lud, Prekursorów. Uznali, że jest to dobre miejsce na założenie osady. Tak powstało TunFaire, z łaciny - Verulamium, zwane przez następne pokolenia po prostu Miastem. Rosło, rozwijało się. Nasi przodkowie powoli zdobywali przychylność pogańskiego plemienia z bagiennych lasów, przez które płynęła Fae. Proponując pomoc w leczeniu i wymianę handlową, zyskali w nich sojuszników. Garstka młodych z plemienia zaczęła budować swoje chaty na terenie Miasta, gdzie Bractwo wyznaczyło miejsce na park, który dało Poganom. Z czasem, część potomków tych ludzi zamieszkała w Mieście. Wieści rozchodziły się szerokim echem. Kolejni Opiekunowie przybywali z terenów Chin, niemile widziani na dworze cesarskim. Przybywali też z Efebu, garstka z Djelibeybi, gdzie obecnie rządzi Ptraci I i podnosi kraik z beznadziei, z górskich grani Ramtopów, bajkowego Lancre i dalekiej Omnii. W tym czasie powstała także twoja Letheritzia. Bractwo stworzyło Miasto od podstaw, a teraz, gdy ludność napływała, by zamieszkać w nim, należało skupić się na kwintesencji Zakonu: ochronie Równowagi. Tyle.

Gregorius gwizdnął. - Jejku! To takie pasjonujące! - powiedział z podziwem. Strażniczka uśmiechnęła się, po czym zsunęła z krzesełka. - Musisz trochę odpocząć, wieczorem wybieramy się na polowanie.
Oczy rycerza rozszerzyły się. - Na co? Dziewczyna odparła poważnie: - Na kapusia. Ktoś musiał poinformować lordunia, co zamierzamy. Pamiętasz? Miałam podszyć się pod Elizabeth, a potem był atak zbira na… lady Elizabeth. Uważam, że to się łączy.

* * *

Melissa cichutko biegła przez korytarz, w którym znajdował się pokój rycerza. Lekko zapukała w drzwi. Odpowiedziało jej jedynie szuranie, jakby lokator właśnie przewrócił się na drugi bok. - Hej, śpiąca królewno, wstawaj! - syknęła. Gregorius, wyrwany z objęć Morfeusza, przydreptał do drzwi z miną kopniętego spaniela. - Co się dzieje? - spytał, ziewając. - Polowanie - ucięła. Rzuciła mu do ręki uniform Strażnika, po czym dodała, stojąc jedną nogą już drzwiami: - Spotykamy się z Garrettem na Dziedzińcu Terkes.

* * *

- Żyjesz? - Melissa lustrowała Garretta z góry na dół. Był nienaturalnie blady, nawet jak na siebie, ale z ręki z wizerunkiem klucza przynajmniej nie płynęła krew. Zapytany odwrócił zakapturzoną głowę. - A nie widać? - stwierdził cierpko. - Skoro gryziesz, to żyjesz - radośnie stwierdził Gregorius. Melissa przejmowała dowodzenie.
- Najpierw, idziemy do Maverala. To skarbnica informacji.
- Kim jest Maveral? - zainteresował się rycerz.
- To zależy. On określa się jako wolny przedsiębiorca - parsknął Garrett. - No dobra, jest paserem. Prowadzi kasyno z barem i motelem o wyrobionej renomie wśród „pewnych osób” i sklepikiem na zapleczu. Wie wszystko, co w trawie piszczy. Informacją handluje jak bułeczkami. Jeśli jesteś, powiedzmy, arystokratą i jakaś gruba ryba nadepnęła ci na odcisk, a nie chcesz się babrać osobiście, on poda ci „pomocną dłoń”. Ma sieć kontaktów, zastraszaczy, przekupionych urzędników, rzezimieszków i zwykłych zbirów, braci ciotecznych tego, który napadł nas w drodze na fiestę u lordunia. Jeśli coś jest skandaliczne, zawstydzające lub w inny sposób przykre, on zbije na tym majątek. Śliski typek. Uważa się za eleganta, więc lepiej dogada się z nim Melissa. Ja nie cierpię takich ufryzowanych typków, ale to moje widzimisię. Ale, jest skuteczny. Diabelsko skuteczny. Trzeba brać go serio. A to, co kocha, to „wino, kobiety i śpiew”. Oraz plotki. Pod tym względem bije na głowę wszystkie sąsiadki sierżanta Freak’a, z którym miałeś nieprzyjemność już się zetknąć.

Garrett zamilkł, ponieważ właśnie wchodzili w uliczkę, przy której mieścił się lokal o wielce dosadnej nazwie „Burrick bez Blendamedu”. Nad drzwiami kiwał się głupkowato rozpromieniony mechaniczny burrick, który, musimy przyznać to z bólem, zachowywał się zupełnie, jak mówiła nazwa meliny, łącznie z efektami typu wizja-fonia. Do tego jakimś diabelskim zrządzeniem losu dodano zapach. Melissa z niesmakiem mruknęła: - Czemu oni zawsze mają taką obsesję na punkcie nazywania knajp „Burrick-coś tam”?!
Garrett przystanął. - Lepiej rozdzielmy się. Podpytam Basso, a w zajmijcie się panem elegancikiem. Mógłbym nie wytrzymać jego frazesów i łaszenia się. Melissa, idź, ty go ugłaszczesz.
- Czemu ja? Mnie też drażni taki typ!
- Bo masz uwarunkowania genetyczne. To ten chromosom - uciął. Dziewczyna skrzywiła się. - Niech będzie. Chodź, Greg. Ten mózgowiec ma już towarzystwo - wskazała na kieszonkowy egzemplarz Espinosy, który Garrett usiłował ukryć pod płaszczem. Ku zdziwieniu rycerza, rozpuszczone włosy związała rzemykiem w coś, co z grubsza można byłoby nazwać warkoczem, a także lekko rozpięła kurtkę. – Kamuflarz. I cokolwiek byś nie usłyszał w środku, albo nie zobaczył, to nie bierz sobie tego do serca - wyjaśniła z naciskiem.

Znaleźli się w środku. Zadymione pomieszczenie z kilkunastoma stolikami pokrytymi tanim suknem z zestawami do ruletki i kartami na wierzchu (wszystkie zajęte), w lewym rogu kontuar podpierany przez kilku mocno już zużytych szulerów obłapiających kufle. Wokoło krążyły dwie barmanki, wymięty, zarośnięty barman szorował szklanki, które najlepsze dni miały już za sobą. Gwar, brzęczące monety, co jakiś czas przekleństwa, gdy ktoś właśnie się rujnował. Obok wątpliwej jakości toalet, za półprzeźroczystą kotarą, widać było schody do pokoi gościnnych. Melissa zdecydowanym ruchem pociągnęła rycerza do stolika w kącie, blisko baru. - Mocną kawę proszę - rzuciła do barmana. - Co dla ciebie, Henry?
Rycerz po ułamku sekundy załapał. - Może… soczek pomarańczowy, Milly? Łysy zbir siedzący przy kontuarze zarżał ochrypłym, szyderczym śmiechem. - Gdzie twoja mamusia, dzieciaczku? Kto ci nosek wytrze i przytuli?
Gregoriusa zatkało, lecz przyjaciółka rzuciła tylko pozornie lekko: - Potrafię się nim zająć, uwierz mi.
Osiłek i jego kumple zarechotali tylko porozumiewawczo. Mocnym uchem usadziła przyjaciela przy stoliku, zaś wyprana z jakichkolwiek emocji - czyli profesjonalna - kelnerka przyniosła napoje, szurając nogami. „Używana, ale dobrego gatunku”. Melissa ukradkiem wylała zawartość swojej filiżanki. Rycerz wykonał ten sam ruch. Dziwne było, że po podlaniu geranium lurą roślina nadal żyła. Po chwili wstała, zapłaciła za drinki, po czym ruchem dłoni przywołała przyjaciela, by udać się na górę.

Korytarz był obity tanią podróbką luksusowej boazerii. Co kilkanaście kroków w ścianach zamocowano kinkiety. Pomiędzy drzwiami rozstawiono doniczki ze zmęczonymi życiem geranium. Za grubą kotarą były umieszczone małe schodki w dół prowadzące do drzwiczek z napisem „Maestro”. Melissa poprawiła warkocz, po czym sprężystym krokiem podeszła do drzwi i zapukała.
- Kto tam?
- „Wróbel w garści, a słowik na dachu” - odpowiedziała w szyfrze dziewczyna.
- Zapraszam.

Gabinet właściciela lokalu był urządzony w sposób pretensjonalny i przesadnie luksusowy. W powietrzu czuć było ciężkie perfumy. Wchodząc, prawie wpadało się w dużą palmę doniczkową ustawioną obok wściekle różowej kanapy i stolika do kawy, naprzeciwko kredensu z mnóstwem bibelotów mających imitować antyki. Za biurkiem z czerwonego drewna siedział „śliski typek” - wyfiokowany elegancik z zarostem i szczątkową kozią bródką w stroju pomiędzy galowym ubraniem matadora, świątecznym don Diega i frakiem, z mnóstwem falbanek, koralików, błyszczących nici i paciorków. Tyle, że nikt jeszcze nie widział chyba fraka czarno-srebrzysto-purpurowego. Czegoś takiego nie chciałby nosić nawet chihuahua mojej kuzynki, a to stworzenie wyjątkowo niewybredne. Na widok dziewczyny Maveral rozpromienił się.
- Witaj, signorita! Kogóż mogę przyjąć w moich skromnych progach?
Melissa uśmiechnęła się leniwie.
- Witaj, Maveral. Jak interesy?
- Dobrze, dziękuję. A u ciebie, moja droga? Wyglądasz kwitnąco.
- Dziękuję, radzę sobie. Spokojnie, sprawdzony - powiedziała, chwytając pytające spojrzenie mężczyzny wobec rycerza, który jak czujny psiak stanął za przyjaciółką.
Paser kontynuował wywód w tym samym tonie.
- Wspaniale, że wpadłaś. Może mogę ci… pomóc?
- Być może… Szukam… łącznika. Kogoś, kto dobrze dogaduje się z Poganami, ma długie uszy i nie pyta za dużo. Znasz kogoś?
Melissa delikatnie stukała w biurko z miną doświadczonego pokerzysty z kilkoma asami w rękawie. Teraz zaczynała się prawdziwa transakcja. Paser uśmiechnął się chytrze.
- Znajdzie się ktoś. Nowa jest. Taka dosyć wyszczekana, ale radzi sobie z Poganami. Kręci z nimi. Znasz?
- Nie miałam… przyjemności. Melissa myślała gorączkowo: ”Nowa?!”.
Odgarnął włosy.
- Cóż… Moira, pseudo Zielonopalca. Odpowiedzialna choćby za włamanie do Uniwersytetu w Starodalach. Zostawia za sobą bałagan, ale nie taki, którego nie dałoby się posprzątać. Czyli nie żeński Bruno, wszyscy raczej zostają na tym padole łez. Cwaniara. Jeśli chcesz załatwić coś z zieleniakami, bierz ją.
- Najnowsze „dzieło”?
Paser podrapał się w bródkę.
- Jakieś przeszpiegi dla jakiejś grubej ryby z Letheritzii. Dziwne nazwisko, Chan-cośtam, ale intratna robota. Wiesz, ostatecznie magnaci zawsze się żrą między sobą, więc czemu nie zrobić na tym pieniędzy?
Melissa dowiedziała się tego, czego potrzebowała, więc tylko z niechceniem kiwnęła głową.
- Masz namiary?
- Wiesz, zwykle kręci się po Dokach, mieszka chyba w tym zawalonym składzie okupowanym teraz przez zielonych. Jeszcze możesz ją złapać w Starodalach, w parku tychże. Interesantów przyjmuje na pięterku budynku w parku. Możesz popytać w knajpach, zagląda tam dosyć często. A tak poza tematami karier, może znajdziesz chwilę, wyskoczymy gdzieś? - paser wyszczerzył się.
Z tyłu, Gregorius piekł raka. Melissa położyła na blacie biurka woreczek i lekko pokręciła głową.
- Dzięki, na razie mam urwanie głowy. Bywaj i jeszcze raz dzięki!
- C’se la vie! Czekam, signorita!

* * *

W tym samym czasie, Garrett skierował się na przedmieścia, gdzie w odrestaurowanym domku z z cegły i kamiennym kominem mieszkał Basso z żoną Jeneviere. Basso obecnie prowadził własny zakład wyrabiający wszelkiego rodzaju zamki, kłódki i klucze. Ponieważ kiedyś, przed wpadką z Cragsleft, skąd Garrett ledwo go wyciągnął, pracował po przeciwległej stronie barykady, znał sposoby wyłamywania ich, nie miał sobie równych i szybko wykończył konkurencję. Można uznać, że był kumplem po fachu, dodatkowo miał u niego dług wdzięczności (Jeneviere, zamknięta przez byłą chlebodawczynię, została uratowana właśnie przez Garretta i Basso). Obecnie ustatkował się, „lekko zdziadział”, jak kąśliwie zauważył Garrett, oddając się temu, co ten ostatni określał jako „sięgnięcie dna” - żył z młodą żonką w domku z ogródkiem. „Szczęśliwy jak świnia w błocie”, stwierdził Garrett, jednak najwyraźniej to mu odpowiadało. Zatracił pewien charakterystyczny chłopięcy styl życia, jaki preferował ten ostatni, jednak skoro był zadowolony - pal licho. Teraz Garrett chciał dowiedzieć się czegoś na temat szpiega w Bractwie.

Basso z rodziną bardzo się ucieszył nagłą wizytą, Jeneviere poczęstowała ich domowym ciastem ze śliwkami, po czym wyszła do sąsiadki, taktownie zostawiając ich samych. Garrett pokrótce wytłumaczył sprawę. Basso nie miał pojęcia. Pożartowali, po czym Basso spytał: - A u ciebie?
- Jakoś leci. Chyba tak, jak zawsze.
- Nie jesteś, rozumiesz… Związany z nikim - to było stwierdzenie, nie pytanie. Garrett wzniósł oczy ku niebu.
- Zirytowany - tak, związany - nie!

Nastąpiła chwila milczenia. Właśnie tych pytań Garrett się obawiał.
Po chwili Basso odezwał się.
- Jenny i ja… spodziewamy się dziecka.
- W takim razie, gratulacje. To dlatego byłeś taki… Pełny. Szczęśliwy.
Kolejna cisza.
- Słuchaj… chciałbym cię o coś prosić.
- Mów. Słucham.
- Chcielibyśmy, żebyś został ojcem chrzestnym.

* * *

Garrett był wytrącony z równowagi. W końcu wyjąkał: - Basso, dziękuję, ale… Nie wiem, czy się nadaję. Przecież ojciec chrzestny ma być wzorem cnót. Ma chronić dziecko, gdyby… coś ci się stało. A ja…
- Uwierz, przemyśleliśmy to z Jenny. Chcemy, żebyś to był ty.
- Dzięki, ale co ze mnie za materiał?!

Basso uśmiechnął się.
- Taki, jaki wybraliśmy dla maleństwa na ojca chrzestnego.
Garrett westchnął. - Daj mi jakiś czas, proszę.
- Oczywiście. Musisz to takiej decyzji „dojrzeć”.
Garrett chrząknął. - Taak… dziękuję, Basso. Chyba na mnie już czas.
- Dobrze, że wpadłeś.
W korytarzu szybko pożegnał się z Jeniviere. A więc to dlatego wydawali się tacy… rozanieleni. Błyszczące oczy i tak dalej. Jakby nagle dostali podwójny bilet do raju i nie dowiedzieli się jeszcze, że biuro podróży zbankrutowało. Jeniviere powiedziała tylko jedno: - Dziękuję ci.

Garrett pożegnał się, założył pelerynę i chwiejnym krokiem wyszedł. Za dużo nowego jak na jeden dzień.

* * *

Spotkali się na Dziedzińcu Terkes. Gregorius był zadowolony – śledztwo dało wyniki. Wiedzieli, że jakaś Moira może być odpowiedzialna za przeszpiegi w Bractwie. Tylko jak wnikła w hermetyczne środowisko, gdzie teraz jest i co trzeba zrobić, by ukrócić czujki Chandaravy w Mieście? Melissa zauważyła: - Garrett, co się stało?
- Faktycznie, taki cichy jesteś - rzekł Gregorius. Garrett westchnął. - Muszę sobie parę rzeczy… przemyśleć. Poukładać. Na razie spróbujmy iść do tej Moiry. Może dowiemy się czegoś więcej.

Doki były pełne ludzi. Najbiedniejsza dzielnica Miasta była idealną pożywką dla elementu wszelkiej maści. Problemy socjalne, brak niedrogich kwater, pracy i pieniędzy na najważniejsze potrzeby rodziły przestępczość, Straż i magnaci mieli to w nosie, a co jakiś czas po prostu robiono nalot: wysyłano zbirów w mundurach Straży, by bili się z innymi zbirami. Rodziło to nienawiść do władzy. Błędne koło. Wiele budynków formalnie nie była zamieszkana. Jednak w zawalonych budynkach gospodarczych, których nie opłacało się rozbierać ani remontować, osiedlali się ludzie - biedacy, oszuści, zabijaki, lecz głównie Poganie. W takim właśnie starym, opuszczonym składzie miała przebywać tajemnicza złodziejka. Melissa poprosiła Garretta i Gregoriusa o zasięgnięcie języka w tawernie portowej. Sama udała się do składu.

Miejsce było zarośnięte chwastami, jakimiś drzewkami i winoroślą. Na zmurszałych ścianach narysowano znaki pogańskie i ustawiono niewielki Kokon Żywiołów. Dziewczyna podeszła do Poganina trzymającego wartę z lekko uniesioną w pokojowym geście ręką. Mężczyzna zmierzył ją badawczym wzrokiem i ustawił włócznię w pogotowiu.

- Czegóż głupoludka chciawszy? - zagadał. Melissa odezwała się w pogańskim narzeczu: - Niech Leśny Pan pozdrowiony bywszy. Ja Moiry szukawszy. Czy ona z wami bywszy ostatnio?
Poganin skinął głową. - Miastoludka wchodziwszy, szamanka pomówiwszy.

Weszli do środka. Dach był w kilku miejscach zerwany. W środku rosło drzewko, wokół którego siedziało kilku członków plemienia. Około trzydziestoletnia szamanka, w stroju ze skór i kawałków tkaniny, najwidoczniej znalezionych, przytąpiła do niej i zapytała wojownika: - Powój, kogóż ty nam przyprowadziwszy?
- Jemioło, ta Miastoludka o Moirę pytawszy. Zamiarów niedobrawych raczej nie miawszy, jako że Leśnego Pana pozdrowiwszy, jako trzeba.
Kobieta potrząsnęła laską. Wisiały na niej rzeźbione, drewniane i kościane koraliki.
- Czegóż ty chciawszy od naszej zieleniawej siostrzycy? - spytała podejrzliwie.
- Ja szukawszy Moiry. Czy ona tu bywszy? Ja szukawszy jej pomocy.
- Moiry dawno tu nie bywszy. Ona robotę miawszy za Miastem. Bogaty głupolud do niej przybywszy, by ona wiadomości jakoweś zdobywszy. On dobrawie płaciwszy. Ona teraz w Starodalach jeszcze biegawszy, o przyjaciołach zieleniawych zapomniawszy, najpewniej - potrząsnęła ciemnymi włosami zaplecionymi w warkoczyki z koralikami, jak na szamańskiej lasce. Melissa pochyliła głowę.
- Ja dziękowawszy za pomoc. Nie zapomniwszy, ja i moi towarzysze o tym. Może to się przydawszy… - z nieśmiałym uśmiechem podała szamance torebkę ze skóry. Kobieta wzięła powoli woreczek. - Powój, ta Miastoludka niegłupia bywszy. Choć raz ty coś dobrawego uczyniwszy - syknęła.

Melissa wróciła do głównej bramy, gdzie czekali już Gregorius z Garrettem. - I co? - spytała. - Jak kamień w wodę - odrzekł rycerz. Dziewczyna uśmiechnęła się. - No, ale ja coś mam. Ta Moira przyjaźniła się z Poganami, jednak od jakiegoś czasu miała intratne zlecenie z Letheritzii od jakiegoś bogacza… Idziemy do Starodalów.

DALEJ
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118155 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie