Wyszczekani.pl
Strona GłównaSobota, Wrzesień 23, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 582
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
Część III: Mektub. Jest Zapisane
Starodala to luksusowa dzielnica bogaczy. Domy są tu największe, ulice najczystsze, a strażnicy - najmniej pijani. Znajdują się tu najbardziej ekskluzywne sklepy i galerie, Muzeum Sztuki Wielstrom, jubiler i wiele innych. Ta dzielnica posiada nawet własny, obecnie raczej zapuszczony park, który jest zamieszkany przez plemię Pogan. Ponieważ szamanka powiedziała, że tajemnicza Moira przebywa tutaj, rycerz, Garrett i Melissa udali się w kierunku parku. Paser także mówił o tym miejscu. Coś w tym musi być.

Dzielnica pełna była spacerującej szlachty, dlatego lawirowanie pomiędzy przypominało slalom. W końcu jednak troje śledczych dotarło do celu. Pusto. Nie było nawet śladu jakiejkolwiek złodziejki. Rycerz jednak znalazł poplamioną, wytartą książeczkę w taniej okładce. - To chyba jej pamiętnik - powiedział. - Czytaj! - ponagliła dziewczyna. Gregorius skrzywił się. - To prywatne - odparł.
- A więc lepiej zostawić pamiętniczek niegrzecznej dziewczynki w spokoju i dać Chandaravie znać o każdym naszym ruchu, by w spokoju strącił z tronu twojego króla - warknęła. - Świetny pomysł.
Rycerz westchnął. - Dobrze, wymaga tego sytuacja. Ale… zróbcie to za mnie.
Garrett westchnął, mamrocząc pod nosem coś o manierach kolegi. Wziął do ręki notesik, po czym zaczął czytać na głos: - „Pamiętnik Moiry. Nie czytać, bo cię uduszę” - ładnie się zaczyna - parsknął. – „Kochany pamiętniczku! Jest wspaniale. Mam nową robotę. Ten paser ze Starej Dzielnicy, Maveral, poznał mnie z takim szefem ochrony jakiegoś szlachcica…” - świetna ortografia. „…z Letheritzii. To chyba sonsiednie miasto” - jeszcze lepiej. „Dobrze płaci. Mam robić przeszpiegi u… Strażników! To dopiero nowość. Kto u licha w nich wierzy?! No, niewarzne,” - znowu plama – „…dość, że płaci. Dobrze mieć przyrodniego brata w Bractwie. Seth będzie spotykał się ze mnom w kryjówce przemytników pod schodami Muzeum. Jest tam dość wygodnie” - jejku, to korupcja na wysokich szczeblach! Przecież ten cały Seth jest w Radzie. Ortografia jednorazowa. Dalej… „Kochany pamiętniczku! Wiem, że Strażnicy mają misję w Letheritzii. Seth mi powiedział, że Pierwszy Strażnik przygotowuje prymuskę do wyjazdu. Ma podszyć się pod lady Elizabeth Rutherford! Też wymyślił! Nie cierpię takich przemondrzalskich dziewczyn” - ooo, Melissa, ciekawe rzeczy. Nie przejmuj się, z ortografii orłem to ona nie jest…
- To rzeczy - warknęła urażona dziewczyna.
- Dobra, dobra. „Kochany pamiętniczku! Wpadłam dziś na Huga. Jejku, ależ on… słodki! Z tym swoim Budowniczym trochę dziecinny, ale to typowe dla Młotodzierrzcuw” - czyli mamy też wątek romansu… z kaleczeniem języka – Złodziej zachichotał. - Nieważne. „…Dość, że porozmawialiśmy sobie. Może kiedyś spotkamy się na kolacji? Nie mogę wytrzymać!

Robi się gorąco. Seth uważa, że to niebezpieczne, dalej ich szpiegować. Jest zdania, że prędzej czy puźniej ich ludzie” - jejku, ile błędów! „…Ich ludzie zaczną węszyć”. Trafiła kosa na kamień. „Ja mam to gdzieś. Ten szlahcic ma dużo kasy i chcę go wydoić - może wtedy Hugo będzie bardziej, no, nie wiem… zrozumie, co i jak…” - cóż, chyba wystarczy tego domorosłego romansidła - Garrett skrzywił się z niesmakiem. - Proponuję zanieść dowód rzeczowy Magarowi.

* * *

Księżyc oświetlał uliczki Starej Dzielnicy mdłym blaskiem. Gregorius i Melissa szli w stronę opuszczonej szopy, w której znajdowało się, ponownie ukryte po nagłym ukazaniu się po uaktywnieniu Ostatecznego Glifu przez Garretta, widniejącego w tekstach Opiekunów jako „Wybraniec”, przejście do Siedziby. Garrett uparł się, że musi wracać. Uznał, że urządzi sobie wolny spacerek do mieszkania, „aby się przewietrzyć i nie mieć zakwasów po tym bieganiu za romantyczną łacherzycą, blee”, jak powiedział. Rycerz był zachwycony - Miasto tonące w blasku księżyca faktycznie było ładne. Szczególnie, że litościwy miesiączek jakby celowo nie oświetlał np. stert śmieci, rozsypujących się co starszych kamienic czy dzieciaków ze sztucznymi bliznami. Biorąc pod uwagę wygląd Miasta późnym wieczorem lub, nie daj Boże, za dnia, było uroczo.

Gregorius ściskał pod pelerynką notes złodziejki. Było mu jej nawet odrobinkę - tak, tyci, tyci - żal. Najwidoczniej była zadurzona w jakimś Młotodzierżcy (nasz bohater nauczył się już ich rozróżniać), a może nawet wykorzystywana przez brata. Przykre, ale życie toczy się dalej. Tym bardziej, że jeśli Chandarava dojdzie do władzy, zginą tysiące.

Gdy rycerz szedł, pogrążony w swoich myślach i kontemplował otoczenie, Strażniczka zatrzymała się. Byli o kilkanaście metrów od budki. - Co? - zapytał przyjaciel, ale dziewczyna nieznoszącym sprzeciwu gestem nakazała milczenie. Powoli, jak pantera śnieżna, zaczęła zbliżać się do drzwi. Były zabite deskami, jednak dało się dostać do środka przez dach. Pokazała palcem do góry i Gregorius zrozumiał, o co jej chodziło: w drewnianym dachu kołysała się strzała linowa.

* * *

- Nie ruszaj się, muszę pomyśleć - syknęła. Po chwili powiedziała wolno: - Greg, idź po Garretta. - Czemu? Przecież poszedł na spacer, chciał „przewietrzyć się, przemyśleć parę spraw”, nie chcę mu przeszkadzać - odparł rycerz. - Zaufaj mi - głos, pozornie obojętny, był pełen napięcia. - I wróć szybko, mamy niejaki problem. Gregorius, który oprócz szarmanckich manier i kultury, był bardzo inteligentny, odwrócił się i cicho skierował w miniętą uliczkę, którą odszedł Złodziej.

Dziewczyna wdrapała się po linie na dach, po czym przyłożyła doń ucho. Delikatnie i w skupieniu zsunęła się w dół, skąd dobiegał dźwięk wyłamywanego zamka…

- Grzeczniej jest pukać - odezwała się spokojnym, ambiwalentnym tonem. Taki ton trzeba tygodniami ćwiczyć przed lustrem. Postać przy drzwiach, mocującą się z kłódką, raptownie się odwróciła, po czym… powiedziała coś, co Gregorius zna jako „brzydkie słowo”. Teraz było widać jej twarz, okoloną rudo-kędzierzawymi włosami spiętymi skórzanym rzemykiem w rodzaj kucyka, udekorowany kilkoma koralikami przypominającymi te pogańskie. Odziana w raczej znoszone, typowo łacherskie ubranie z dyndającymi tu i ówdzie koralikami. Na rękojeści sztyletu wisiał i kręcił się, poderwany nagłym ruchem do góry, drewniany amulecik, jakich pełno było w Mieście, coraz liczniej odwiedzanym przez Pogan. Wąskie usta wykrzywiły się ze złością, a w szarych oczach błyskały ogniki. Skoczyła na nogi i obnażyła sztylet. Dopiero teraz było widać, że jest zdecydowanie potężniej zbudowana niż Strażniczka. Melissa spokojnie stała. - Schowaj tę wykałaczkę. Nie chcę cię przestraszyć.
- Ja tu wydaję rozkazy! Nie waż się ruszyć!
Melissa wzruszyła ramionami. - Tak tylko pogorszysz sprawę. Moira parsknęła. - Akurat! Blefujesz! Jesteś sama, a ja mam sztylet. Co mi niby zrobisz?
Strażniczka przekrzywiła głowę. Lekko, jakby z rozczarowaniem. - Była sobie kiedyś mała dziewczynka. Bardzo samotna po śmierci biednych rodziców, z bratem wylądowała na ulicy - to mówiąc, niepostrzeżenie przybliżyła się do przeciwniczki.
- Potem brat znalazł sobie towarzystwo. Ta dziewczynka dorastała, a on opowiadał jej legendy o Wybrańcu… Wkrótce dziewczynka chciała być podobna… Ale Los chciał inaczej…
Moira doskoczyła do dziewczyny jak dzikie zwierzę, ale Melissa błyskawicznie odskoczyła i wykonała dziwaczny ruch ręką. W powietrzu w ułamku sekundy pojawił się rozedrgany Glif. Moira zaatakowała. Glif zajaśniał błękitnym blaskiem. Sztylet wysunął się z ręki złodziejki, po czym przekoziołkował przez otwór w dachu, ostrze błysnęło w świetle księżyca, po czym znikło. Padło kolejne brzydkie słowo. - Kim ty u licha jesteś?! - wrzasnęła.
- Mam wiele imion. Niektórzy nazywają mnie przemądrzalską. Aktualnie możesz mówić… Elizabeth…
- To ty?! - oczy Moiry rozszerzyły się. Melissa z obojętną miną kiwnęła głową. - To elementarne, Watsonie. „Pamiętniki piszą grzeczne dziewczynki. Te niegrzeczne nie mają na to czasu” - zacytowała Strażniczkę Isoldę. - Wracając to bajki na dobranoc, dziewczynka… zadurzyła się. Paskudny wiek. Była z tym sama. I wtedy poznała… złych ludzi. Zaoferowali jej złoto. Dużo złota. Dziewczynka czuła, że to nie w porządku. Ale, pachniało to przygodą.
- Zamknij się! Bo pożałujesz!
Melissa zmieniła ton. Teraz brzmiała kamiennie, poważnie.
- To, w co pogrywasz, to nie zabawa. Na razie jest przyjemnie. Dreszczyk emocji, co?
Moira z wściekłością zaatakowała Strażniczkę. Skoczyła do przodu, chyba z zamiarem chwycenia za kark. Sczepiły się w kleszczowym uścisku. Melissa wylądowała jej na plecach. Drobna figurka jej zrobiła raczej na złodziejce większego wrażenia, ale skutecznie ją rozjuszyła.
- …Tyle, że to nie takie różowe. Chcesz powiedzieć o sobie: „Jestem legendą”? Tylko kiedyś obudzisz się stara, samotna i bez nadziei.
- Spadaj! Mam robotę! - warknęła Moira.
- Teraz możesz zrezygnować, być panią własnego życia. Cały czas chcesz być marionetką brata? - wydawała się zawiedziona i rozczarowana.
Moira zadrapała jej ramię. Pociekła krew. - Ha! I kto tu rządzi?!
Melissa zdecydowanym ruchem podcięła ją. - Nie zamierzam robić ci krzywdy. Chcę pertraktować.
- A co mnie to obchodzi? Pokonam Strażniczkę! W końcu Hugo mnie zauważy!
Wymierzyła policzek. - Nie! - rozległo się z góry. Gregorius sprowadził Garretta i trafił akurat na ten niezbyt przyjemny widok. Złodziejka zdębiała.
- Hę?
Włosy Moiry były na końcach umoczone w krwi Melissy. Próbowała je wytrzeć. I dlatego nie zauważyła, jak Melissa obraca się i prześlizga za jej plecy. Szybkim ruchem wykonała kolejny znak w powietrzu, a Moira zachwiała się, jak po uderzeniu pałką. Po ułamku sekundy przewróciła się, ogłuszona Glifem. Melissa otrząsnęła się, po czym z pewną satysfakcją stwierdziła: - Nie mów „Hop!”, zanim nie przeskoczysz.
Garrett był już na podłodze, zaś Gregorius po sekundzie także zsunął się po linie.
- Nic ci nie jest? - spytali… równocześnie. Dziewczyna potrząsnęła głową. - Chyba nic a nic. Trochę mnie podrapała. Silna strasznie. Nadawałaby się na cheerliderkę - roześmiała się.
- Chodźmy do Strażnika Magara - Gregorius delikatnie obwiązywał ramię bandażem. Garrett podał jej butelkę mikstury leczniczej. - Do dna - polecił.

Po chwili zarzucił sobie nieprzytomną Moirę na plecy i powiedział niechętnie: - Dobra, zataszczę ją wam do Magara. Zobaczenie, jak Opiekunowie ślicznie gryzą się pomiędzy sobą jest nawet ciekawym doświadczeniem życiowym. Ale potem wracam do siebie.
Przekroczyli wrota Siedziby…

* * *

- Cicho, budzi się!
Znajdowali się w jednej z dodatkowych komnat w Zakazanej Bibliotece. Gregorius został dopuszczony do najlepiej strzeżonego miejsca Bractwa. Ogłuszona Glifem Moira właśnie odzyskiwała przytomność, leżąc na czymś w rodzaju rozkładanych noszy. Powoli przypominała sobie wydarzenia ostatniego wieczoru. No tak… wpadka. Te pordzewiałe wytrychy! Musi je wymienić… Mrugając oczami, rozejrzała się wokoło siebie. Zobaczyła krąg zakapturzonych postaci. - O żesz… - jęknęła. Jedna z postaci, potężnie zbudowana i zdecydowanie męska, wystąpiła naprzód. Złodziejka nie była w stanie rozpoznać jej twarzy, ponieważ, jak zresztą wszystkie, była ukryta głęboko pod kapturem. - Moira Everglades, złodziejka z Doków?
- Nic wam do tego - wypaliła. Postaci zdusiły śmiech.
- Nie musisz się martwić. Jesteśmy… pacyfistami. Musimy zadać ci kilka pytań, to wszystko.
- Nic wam nie powiem. Jestem profesjonalistką - stwierdziła, nie bez dumy.
Wysoka, szczupła postać, stojąca z tyłu, mruknęła sarkastycznie - Taak, to widać.
Stojący z przodu, potężnie zbudowany osobnik westchnął. - Możesz zamilknąć? - odezwał się.
- Sami mnie wołaliście. Osobiście radzę sobie bez was świetnie - mruknął zapytany.
Kaptur głównego mówcy przez chwilę zsunął się, ukazując opaloną skórę, jakiej nie uzyska się w żadnym solarium na Dysku.
- Na czym to stanęło? Ach, tak. Moiro Everglades, czy pracowałaś dla niejakiego Alfonso Vlada Chandaravy, hrabiego na zamku Nocturn, szlachcica z Letheritzii? - zagrzmiał urzędowym tonem.
- Goń się - wykrzywiła się przesłuchiwana. Ciemnoskóry Strażnik zmieszał się. Inni tłumili chichoty.
- Moiro Everglades, czy zdajesz sobie sprawę, iż przemawiasz w sposób wysoce niegrzeczny do przedstawiciela prawa?
- Taa, „prawo i porządek”. Tyle, że to już staroć. Czarna procesja od siedmiu boleści się znalazła - mruknęła. Z tyłu, trzymany przez Garretta Gregorius z zażenowaniem udawał, że bardzo zainteresował go wzór kamiennej posadzki. Strażnik Vincent przeciągnął spoconą z podenerwowania dłonią po czole, po czym spróbował jeszcze raz.
- Moiro Everglades…
- Czego? - warknęła Moira. - Wiem, jak się nazywam!
- Eee, Moiro Everglades, czy zdajesz sobie sprawę, iż po jeszcze jednym takim potraktowaniu mnie czy któregokolwiek z moich szanownych kolegów trafisz pod ogólny sąd Rady Bractwa Opiekunów?
- Spadać - mam was gdzieś - Moira odwróciła się tyłem.
Vincent zastanawiał się właśnie, czemu zgodził się wstąpić do Bractwa zamiast - dla przykładu - sprzedawać ciasteczka. Jego ciotka posiadała wielką cukiernię na Południu. Mógł wsiąść na statek, popłynąć do Efebu i przy okazji zwiedzić Egipt lub Djelibeybi, a może wszystko naraz, a nie teraz sterczeć nad butną złodziejką z przerośniętym ego. Byłoby cudownie… Za jego plecami Garrett dostawał spazmów, próbując stłumić chichot. Z miernym skutkiem. Gregorius, zamiast wysłuchiwać pyskówki, skrobał list do babci. Strażniczka Isolda kręciła głową, zastanawiając się, co u licha Vincent tu robi. Dwóch pozostałych Opiekunów cichaczem opowiadało sobie niekoniecznie elegancki dowcip.
- A więc…
- Nie zaczynaj zdania od „a więc”. Dajesz zły przykład, Vincent - odezwał się Garrett. Vincent przewrócił oczami. Adresat miny zignorował ją.
- Moiro Everglades, sąd nad tobą odbędzie się w Sali Posiedzeń. Radzę ci złożyć prawdziwe zeznania, a włos z głowy ci nie spadnie.
- A co, jeśli nie? - zainteresowała się Moira.
- Opowie ci nudną bajeczkę o Wielkich A Zadziwiających Początkach Niezwyciężonego Bractwa Opiekunów… Są w tym dobrzy… - dało się słyszeć z kaptura z tyłu.

* * *

- Weźcie oskarżoną do Sali Posiedzeń - polecił Vincent. Osobiście było mu obojętne, co teraz zrobi Moira. Liczyło się to, że będzie obrzucać inwektywami kogoś innego. I to było piękne.
- Nie.
Do komnaty wbiegła jeszcze jedna zakapturzona osoba. Głos był absolutnie znajomy nawet dla złodziejki z przewiązanymi oczami. - Pierwszy Strażnik chce ją przesłuchać… osobiście.

* * *

- Proszę, opowiedz mi, jak było - głos Magara był kojący i miękki, jak cukierek nazywany w Mieście „owocową mordoklejką”. Melissa, Gregorius i Garrett dyskretnie obserwowali rozmowę.
- No... - zawahała się Moira. Siedzieli przy biurku Pierwszego Strażnika. Moira została poczęstowana kanapkami i kakao.
- Spokojnie, mamy czas. Widzisz, od tego zależy przyszłość Miasta, a może nawet więcej… - Pierwszy Strażnik brzmiał jak miód. Ostatecznie jak jeden z tych cudotwórczych kremów na kurzajki, po których skóra jest „miękka jak aksamit”.
- No, dobrze… Prawie dwa tygodnie temu paser ze Starej Dzielnicy, Maveral, skontaktował mnie z jakimś szefem ochrony tego Chanda-coś tam, nie pamiętam dokładnie. Chyba nazywał się Jack Black. Byłam spłukana. Miałam… zdobyć informacje na temat waszego Bractwa. Gdzie się wybieracie, co planujecie… Mój brat, Seth, dostarczał mi wiadomości, a ja sprzedawałam je temu byczkowi - Moira mówiła jak pod wpływem narkotyku. Ugryzła kanapkę i żuła ją w zamyśleniu.
- O, Strażnik Seth jest tutaj znany… - Magar operował głosem jak używką. Wydawało się, że złodziejka jest zahipnotyzowana.
- A trzy dni temu, dowiedziałam się, że wasza prymuska wybiera się do Letheritzii. To sąsiednie miasto?
- Tak. Mów dalej, proszę.
- …I że będzie podszywać się pod Elizabeth Rutherford. Szef ochrony był bardzo zadowolony i nawet dał mi premię. A Seth powiedział, że mam przestać, bo się połapiecie, no i że prymuska jest cwana lisicą. Mniej więcej - upiła łyk czekoladowego płynu.

Stojąca w cieniu Melissa ledwo ugryzła się w język, a Gregorius bezwiednie przytrzymał ją za rękę. Nie wyglądało, by przyjacielski gest jej przeszkadzał, przeciwnie, przyjęła go z ulgą.

- Powiedz, co było dalej - poprosił Magar. To nie było przesłuchanie, raczej sesja terapeutyczna dla zdiagnozowanych neurotyków.
- No i szukałam dalej, ale szef ochrony powiedział, że już wystarczy, że spisałam się na medal. Oraz, że w razie nowej roboty z pewnością mnie powiadomią i ponoć ten lord czy tam hrabia przesyła podziękowania. Tyle. Potem próbowałam się tu dostać, ale ta idiotka, prymuska, mnie złapała.

Magar delikatnie wstał. - Cóż, jestem ci bardzo wdzięczny. I mam propozycję: zostań u nas. Potrzebujemy… zewnętrznej siatki wywiadowczej. Trzeba iść z duchem czasu. Może zechciałabyś w niej pracować…?

* * *

- Siatka wywiadowcza?
Gregorius i Melissa szybko sunęli przez korytarz. Melissa chciała złapać Garretta, zanim znów zaszyje się u siebie z Espinosą przy sercu. Rycerz taszczył niewielką torbę podróżną, w której znajdowały się ubrania podarowane przez Strażników, kilka drobiazgów, szczoteczka do zębów oraz… niewielki, pluszowy miś.
- Wiesz, jak to jest. „Przyjaciół trzymaj przy sobie, a wrogów - jeszcze bliżej”. Swoją drogą, Seth będzie miał proces o zdradę tajemnic. Magar nie chce, by ktoś nas z tym kojarzył. Dlatego musimy zniknąć na jakiś czas. Zamierzam przycisnąć Garretta, żeby nas przechował - odparła.
- Zgodzi się? - powątpiewająco spytał rycerz, który zdążył już poznać nieco charakter Złodzieja. Melissa uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Nie będzie miał wyboru. Już ja się o to postaram.

Mijali grupkę nowicjuszy z jednym Młodszym Strażnikiem najwyraźniej opowiadającym brzydki dowcip. Rude włosy do wysokości uszu kontrastowały z nieprzyzwoicie wręcz niebieskimi oczami o barwie morza na kiczowatych pocztówkach z Saint-Tropez i Marsylii, a zadarty nos ozdabiała pewna ilość piegów. Chłopak perorował żółtodziobom rozentuzjazmowanym tonem:
- „I rzekła Nierządnica do Kapłana: - Zapomnij na czas jakiś o powinnościach swoich. I Kapłan zapomniał”…
- Colin! - Melissa ostrym, strofującym tonem przywołała do porządku rudzielca, który spłonił się rumieńcem ciemniejszym od włosów. Nowicjusze widocznie chcieli zapaść się pod ziemię, a Gregorius piekł raka.
- Nie deprawuj nowicjuszy… - rycerz był już barwy dojrzałego pomidora. - Sami zrobią to lepiej - dodała pod nosem.
- O-oczywiście, Strażniczko Melisso. Proszę o wybaczenie.
- Colin, spokojnie. Na przyszłość pamiętaj - dodała już normalnym tonem. Do rycerza powiedziała: - Chodź. Czas na nas.

* * *

Puk, puk. Zero odpowiedzi.
- Hej, otwórz drzwi - Strażniczka pukała do drzwi mieszkania w Południowej Dzielnicy.
Absolutnie żadnego dźwięku. - Może go jeszcze nie ma? - zastanawiał się rycerz. - Jest, jest - odparła przyjaciółka.
- Garrett, wpuść nas. To my! - dodała głośniej.
Cisza.
- Wiem, że tam jesteś! - wrzasnęła Melissa. - Wyłaź, bo wyważę drzwi!
Ze środka dobiegło szuranie i ciche mamrotanie pod nosem. Raczej nie przytoczymy tutaj jego treści. Po chwili drzwi otworzyły się nieco, a Garrett warknął - Właźcie do środka. Migiem!
Zadowolona Strażniczka i uśmiechnięty od ucha do ucha Gregorius z torbą wtoczyli się do środka.

* * *

- Oni zgłupieli - stwierdził autorytatywnie Garrett.
Gregorius siedział na jednym z trzech małych, sosnowych krzesełek naokoło lilipuciego wręcz takiegoż stolika przed kominkiem, sącząc herbatę. Wystrój wnętrza wynajmowanego przez Garretta mieszkania dobrze odzwierciedlał gust lokatora - niemal ostoja ascety. Obok kominka duża drewniana skrzynia. Nad nią, w miejscu, gdzie zwykle ludzie wieszają plakaty swoich ulubionych piosenkarzy, wisiał… list gończy. Tak, Złodziej potrafił wykpić każdego i posiadał dużą dozę autoironii, co bardzo doceniłaby babcia rycerza. Przy niewielkich drzwiach prowadzących do sypialni stała prosta biblioteczka z sosnowych desek wypełniona książkami w starych okładkach. Naprzeciwko, przy drzwiczkach do łazienki stała niewielka prosta sofa, chyba mniejsza wersja tej z gabinetu Magara, a także maleńki stoliczek do kawy. Na półkach przy wejściu do mieszkania z klatki schodowej były umieszczone jakieś roślinki w glinianych doniczkach. Praktycznie zdechłe. Roślinki, nie doniczki…. Melissa bujała się z irytacją na swoim krzesełku.
- Zgłupieli - powtórzył gospodarz. - To nie hotel. Tak się składa, że usiłuję tu mieszkać, łudząc się, że wreszcie dadzą mi spokój. Ale nie!
- Nie rób sceny - znużonym tonem, jakby takie akcje odbywały się pod tym dachem codziennie, odparła Strażniczka i przewróciła oczami. - Akurat jakbyś miał jakieś własne życie prywatne. A Greg musi być bezpieczny. Seth ma mieć proces, na razie Magar wystawił czujki, śledzą każdy jego krok. Musisz wytrzymać.
- Jestem pewien, że Gregowi byłoby wygodniej w gospodzie - Garrett nie dawał za wygraną. - Zresztą, łóżko jest jedno. Nie mogę narazić gości na niewygody.
- …A sofa jest rozkładana - słodziutko i niewinnie dodała dziewczyna. Garrett przeciągnął ręką po włosach.
- OK - warknął - Proszę was bardzo. Witamy w wariatkowie. Jak musicie, zapraszam, ale na własne ryzyko.
- Mogę spać nawet na podłodze - radośnie stwierdził Gregorius.
Garrett odpowiedział: - Nie ma mowy. Ty - popatrzył spode łba na Melissę - idziesz do sypialni. A ty - obrócił się w stronę rycerza - biwakujesz na kanapie. Powinno ci być wygodnie. Rozgośćcie się. Wszelkie zażalenia do Opiekunów.
- A ty? - spytał rycerz.
Garrett zarzucił sobie pelerynę na ramiona. - Ja - wychodzę! - rzucił ze złością, po czym wybiegł na klatkę schodową. Przyjaciele usłyszeli jeszcze rzucane w pośpiechu „Dobry wieczór” i trzaśnięcie drzwiami. Melissa w duchu zdziwiła się, że zawiasy wytrzymały. Cóż, najwyraźniej dobry rzemieślnik.
- Co mu się stało? - spytał rycerz.
- Cóż… Cały Garrett. Wredny, złośliwy, sarkastyczny stary cynik. Jest nie do wytrzymania. Pewnie pójdzie poużalać się nad sobą na dach, wyjąc do księżyca - przewróciwszy oczami, odparła z niezadowoleniem Melissa.
- To co robimy?
- Jak to co? - okazała bardzo praktyczne podejście. - Rozgość się.

* * *

Melissa wdrapała się na rozsypujący się balkon. Garrett istotnie siedział tam z założonymi rękami, majtając nogami nad uliczką.
- Ile razy będziesz uciekał? - spytała. Nie odpowiedział. Zapadła cisza. Po dłuższej chwili odezwał się: - Basso będzie ojcem.
- To świetnie. I co?
- …Chcą, żebym został ojcem chrzestnym.
Melissa chwilę milczała - I co zamierzasz zrobić?
Garrett wzruszył ramionami i jęknął. - Nie wiem, to nowa sytuacja. Przecież ja się nie nadaję! Przecież ojciec chrzestny ma być wzorem cnót i przykładem. Ma chronić dziecko, gdyby… coś się stało. A ja…
- Co ty? - odpowiedziała pytaniem na pytanie dziewczyna.
- Co ze mnie za materiał?!
Milczenie. Po chwili Melissa spytała: - Co im odpowiedziałeś?
- Że muszę się zastanowić. To ważna decyzja, nie może być podjęta na żywca.
- Dobra decyzja. Jeśli pytasz o zdanie, powinieneś się zgodzić. To dowód zaufania. Nie zmarnuj go.
Milczeli. - Chodź, Greg już śpi. Przygotowałam ci śpiwór w „pokoju ćwiczeń” - dodała, po czym wstała i wróciła do mieszkania. Zatrzymała się na chwileczkę nad śpiącym z… pluszowym misiem (?!) rycerzem, uśmiechając się. Naciągnęła na niego koc, po czym wsunęła się do sypialni i zamknęła drzwi. Warto wspomnieć, iż wspomniany pokój był po prostu czymś pomiędzy gabinetem (półka na książki i biurko) a salką gimnastyczną (między innymi manekin do szermierki). Garrett westchnął i wolnym krokiem skierował się w jej ślady…

* * *

- Co to u licha jest?! - warknął Garrett. Jak co rano, zwlókł się po niezbyt udanej nocy. Tym razem biwakował na podłodze gabinetu. Napięte mięśnie karku wyraźnie przypominały o niewygodzie tego sposobu snu. Skierował się do łazienki, by ochlapać twarz ciepłą wodą i choć na chwilę zapomnieć o rycerzu biwakującym na waleta na jego wersalce. Wtedy jego wzrok natrafił na coś, co skutecznie wytrąciło go z równowagi.
- Co to jest?! - powtórzył, patrząc wyzywająco na zaspanego rycerza w efektownej, żółtej piżamce w małpki. - T-to…? Przecież widać… Moja kaczuszka - wymamrotał. Przynajmniej komuś spało się dobrze.
- Kaczuszka?! - parsknął.
- No, do kąpieli, wiesz. Co na śniadanie?
Garrett nie odpowiedział, tylko wrzucił ręcznik do szafki i trzaskając drzwiami, opuścił łazienkę.
- Czemu się pieklisz…? - Melissa była już doprowadzona do porządku. Gregorius uśmiechnął się rozbrajająco niewinnie. - Witaj! Co na śniadanie?
- Dobre słowo - burknął Garrett zza ściany. - Zamilknij na chwilę, próbuję się z wami dogadać - rzuciła. Zaczęła przeglądać spiżarnię. Pusto.
- Hmm... Masz w ogóle zrobione zakupy? - spytała.
- Nie - było jedyną, zwięzłą odpowiedzią. Gregorius ścielił kanapę. - Przydałyby ci się, Garretcie, jakieś ozdoby. Kwiatki w kolorowych doniczkach, figurki zwierzątek, jakieś obrazki na ścianach… - Gregorius wkraczał na grząski grunt.
Dziewczyna odparła wesoło: - Cóż, w takim razie musimy zrobić zakupy. Greg, idziesz?
- Oczywiście. Chętnie pomogę - rycerz był jak zwykle rozentuzjazmowany i uczynny. - Weź torbę - poleciła przyjaciółka. - Wychodzimy.

* * *

Melissa i Gregorius szli przez Skalny Targ. Była do dzielnica handlowa, która zaopatrywała większość Miasta. Oczywiście, w każdej dzielnicy było kilka sklepów lub zakładów rzemieślniczych, jednak to na Skalnym Targu odbywały się cotygodniowe jarmarki, większe festyny i znajdowało się tu najwięcej kramów, których klientami byli w większości przeciętnie zamożni mieszkańcy metropolii. Rycerz taszczył torby z zakupami, a dziewczyna prowadziła transakcje. Jak można się domyślić, nie miała z tym problemu, nawet przy targowaniu się, szczególnie, jeśli sprzedawcami byli mężczyźni. Właśnie kierowali się w stronę bramy do Południowej Dzielnicy, gdy podeszła do nich trójka zakapturzonych postaci. Melissa bez słowa skierowała się w boczną alejkę. Gdy upewniła się, że są sami, pośpiesznie przywitała się i spytała: - Jakie wiadomości? Jakie są instrukcje?
- Strażnik Seth będzie miał proces dziś wieczorem. Amulet jest badany, jednak wygląda na to, że nie da się go zniszczyć gdziekolwiek bądź - odparł jeden z Opiekunów, śniady brodacz nazywany przez towarzyszy Jacobem.
- Prawdopodobnie musi zostać zniszczony tylko w miejscu, gdzie został wykonany, czyli w Letheritzii. Na wzgórzu za miastem, w lesie zamieszkanym przez Pogan jest czynny wulkan. Poganie czczą go jako święte miejsce swoich zgromadzeń. Z pewnością to tam wykonano amulet. Jest zrobiony z drewna drzewa wiggen, które jest tamtejszym endemitem. Pierwszy Strażnik uważa, że tam można go zneutralizować, a tym samym pozbawić nekromantę mocy tworzenia bestii, orków i ożywieńców -dodała Strażniczka Isolda, nerwowo miętosząc w dłoni końcówkę swojego kruczoczarnego warkocza. - Pierwszy Strażnik chce, abyś po rozprawie, następnej nocy, przybyła wraz z Jeźdźcem Wschodu do Siedziby po dalsze wskazówki.
- Dobrze. W takim razie zgodnie z życzeniem Pierwszego Strażnika, po procesie, jutro w nocy stawię się w Siedzibie. Niech Równowaga będzie z wami - pożegnała się Melissa.
- Z tobą również, Strażniczko - odrzekł milczący dotychczas, wysoki Strażnik o orzechowych włosach sięgających ramion. Po chwili, grupa zniknęła. Gregorius spytał: - Czy będę mógł z tobą iść do Strażnika Magara?
- Oczywiście, to wręcz konieczne. Musisz mi pomóc, jeśli tylko się zgodzisz - odparła. - Na razie musimy wrócić do Garretta i przeczekać burzę: proces Setha.

* * *

Następnej nocy, w Siedzibie Opiekunów paliło się tylko kilka świateł. Całe Bractwo miało absolutny zakaz wychodzenia ze swoich komnat. Jedynie Pierwszy Strażnik i kilku najbliższych współpracowników mogli poruszać się po terenie Bractwa. Gdyby jednak ktoś ukradkiem przemknął po opuszczonych krużgankach, cicho przeskoczył po stopniach klatek schodowych i niezauważony zerknąłby przez szparę w drzwiach Zakazanych Bibliotek, najlepiej strzeżonego miejsca Bractwa, zobaczyłby salę pełną ksiąg, oświetloną jedynie kręgiem świec, a w centrum tej figury - wzruszonego Pierwszego Strażnika kładącego rękę na zakapturzonej głowie Melissy, a po chwili Gregoriusa. Wokół stało kilku najszacowniejszych Strażników i Strażniczek, recytujących inkantację.
- …Dziś wyfruniesz z gniazda, bogata w olśnienie. Pójdziesz własną drogą, trotuarem marzeń. Pod szczęśliwą gwiazdą, ufna w Przeznaczenie, dzierżąc Równowagę…
Wszystkie zakapturzone postaci powoli wypowiadające te same słowa. Interpretatorka sięgająca do świetlistej misy z opalizującym płynem, trzymanej przez Tłumaczkę. Dotykająca płynem oczu Strażniczki. Ten sam proces z Gregoriusem. Wszyscy wzruszeni.

* * *

- A więc wyjeżdżasz - głos Magara był miękki. Byli z Garrettem sami.
- Tak chyba trzeba - odrzekł zapytany.
Ich oczy spotkały się.
- Obiecaj mi coś.
- Słucham.
Widać było, jak Pierwszy Strażnik się postarzał. Był teraz po prostu drobnym staruszkiem. Głos zadrżał.
- Pamiętaj, że zawsze czeka tu na ciebie miejsce.
Garrett skinął głową. Czemu w środku coś mu… drgnęło…? Magar bez słowa skinął mu głową, po czym zniknął. Przez ułamek sekundy brzmiał jeszcze szept: - Uważaj na siebie…

* * *

Dochodziła pierwsza. Troje zakapturzonych postaci szykowało się do wyjazdu z Miasta. Minęli Bramę Wschodnią.
- Niech to…! Czemu konie?! - Garrett szamotał się z karym rumakiem.
- Co ci to przeszkadza? - spytał Gregorius.
- Wiesz, może cię to zdziwi, ale nie mam doświadczenia z domowymi zwierzątkami, a konie podświadomie mnie nie cierpią. Ten tutaj już trzy razy próbował mnie kopnąć!
- Dobra, dobra - pojednawczo odrzekła Melissa. Naciągnęła kaptur głębiej na głowę, było chłodno i mgliście. Pogoda jak z taniego romansidła. Brakowało tylko mdlejącej piękności i jakiegoś męskiego szowinisty.
- Garrett, masz amulet? - spytała z niepokojem.
- Spokojnie, mam na szyi. No, pora na nas.
Jeźdźcy ruszyli w mrok…

* * *

- I co teraz?- zapytał zmartwiony rycerz.

Znajdowali się na pustkowiu za Letheritzią. Miejscowość ta leży na równinie, dotyka też wybrzeża Okrągłego Morza. Dalej rozciąga się bagnisty las zamieszkany przez Pogan. Na pagórku w samym jego sercu znajduje się cel wyprawy: wulkan.

Zgodnie z Prawami Murphy’ego (nomen omen, Strażnika w Radzie), pogoda była fatalna: mgła jak zepsute mleko, siąpiąca na biednych podróżnych lekka mżawka oraz przejmujący chłód. Melissa wzruszyła rękami. - Nie mam pojęcia - przyznała szczerze. - Garrett, co sądzisz? Obróciła głowę w stronę Złodzieja, jadącego na rzekomo knującym coś koniku w mollowym nastroju. Przynajmniej chwilę temu tam był. - Garrett…?
- Ouch… - zza grubego spróchniałego pnia dębu wychylił się Garrett. Trzymał się za bluzę na piersi, pod którą spoczywał amulet.
- To coś… rusza się i piecze - powiedział z zaniepokojoną miną. - Co?! - dziewczyna podniosła głos o ton. - Niemożliwe!
- Sama zobacz - cierpko odgryzł się Złodziej. Wysunął wisiorek przed siebie. Melissa i Gregorius w zdziwionym milczeniu patrzyli, jak amulet zaczyna się ruszać, jakby był namagnetyzowany. Zachowywał się jak kompas i wskazywał na północ, w stronę bagiennego lasku. - Idziemy - krótko zakomenderowała.

Weszli w las. Nie wyglądał zachęcająco: nagie, czarne konary, grube pnie obrośnięte bluszczem, pióropusze traw, mnóstwo mchu torfowca i ziół używanych przez szamanów. Podręczna apteczka Chandaravy. Część drzew miała liście, ich korony były bardzo gęste. Nie wyglądało to tak, jak przedstawia się lasy w bajeczkach na dobranoc.

- Tędy - zaproponował rycerz. Szybko jednak zmienił zdanie, gdy zza powalonego jaworu wysunęły się cztery jadowite pająki.
- Odwróćcie się, migiem! - rzucił Garrett i wyciągnął z kieszeni granat gazowy. W powietrzu rozeszła się zielonkawa mgła. Pająki zasyczały wściekle i… zasnęły.
- Chyba przeproszę się z mieczem - burknął.

Po drodze kilka razy musieli zbaczać z obranej ścieżki z powodu zbyt grząskiego gruntu, powalonych drzew lub bestii. Na szczęście Opiekunowie uzbroili ich niczym Terminatora. Rycerz wciągał w płuca wilgotne powietrze; pachniało zgnilizną, butwiejącym drewnem i ziołami. Raz zmuszeni byli użyć strzał linowych, bo ich drogę przecięła rzeczka z żabami o wybuchowym charakterze. Posuwali się jednak w dobrym kierunku, co potwierdzał amulet, kiwający się jak wściekły. Po jakiejś godzinie lub dwóch, oczom rycerza ukazała się porośnięta lasem ruina pozostawiona tu najwyraźniej jeszcze przez Prekursorów, lud żyjący dawniej na terenie Miasta i okolic. Przypuszczalnie część Prekursorów w okresie świetności ich imperium przeniosła się w okolice Letheritzii. Na murach widniały znaki Oka. Byli u celu.

* * *

- Wulkan jest w samym sercu tych ruin - dziewczyna wykonała bliżej nieokreślony ruch ręką. - To co? Idziemy! - rycerz był podekscytowany. - Powoli… Nie ma pośpiechu - Garrett tonował towarzystwo. - Tu na pewno są jakieś bestie i pułapki, w Karath’din i na Caerul było ich mnóstwo. - Opowiedz! - zażądał Gregorius. - Dobra, tylko chodź już i się pilnuj.
- Tak, Greg, najlepszy pomysł na Garretta to połechtać jego ego - zaśmiała się cichutko Melissa. Ruszyli…

* * *

Grupa poruszała się w spokojnym, spacerowym tempie. Garrett wyprzedził rycerza i Strażniczkę, likwidując po drodze pułapki. Po kilku godzinach zarządził postój. Omawiał z Melissą plan działania: gdy dotrą do wulkanu, najpierw rozejrzą się w okolicy; jeśli Poganie odprawiają tam swoje rytuały, z pewnością można znaleźć tam coś ciekawego. Dziewczyna zgodziła się. Pozostało zawołać rycerza i ruszać dalej. - Greg, zjadłeś już?
- Nie dotykaj niczego, tu mogą być ukryte zapadnie, a przynajmniej brudno - skomentował Garrett.
- Greg…?

Odpowiedziała im cisza.

* * *

- Nie daruję sobie, jeśli coś mu się stało!
- Spokojnie, zamiast biadolić, pospiesz się!
Garrett i Melissa w ekspresowym tempie przetrząsali zrujnowaną salę, być może audiencyjną. Nagle usłyszeli dziwny dźwięk… oboje jak na komendę obrócili się w stronę wrośniętego w ścianę drzewka figowego. Pod płaskorzeźbą z niegdyś ciemnoniebieskim szakalem brakowało jednej płyty podłogi. Co przykuło ich uwagę? Wokół jeszcze unosiły się poderwane nagłym prądem powietrza liście figowe…
- Tędy - rzucił Garrett. Wyciągnął strzałę linową, po czym nałożył ją na cięciwę. Szybkim ruchem wystrzelił ją, celując w gruby konar drzewa. Po chwili oboje zsuwali się po linie w mrok…

- Co to jest? - Melissa i Garrett, krztusząc się kurzem unoszącym się w zatęchłym powietrzu, wylądowali na omszałej posadzce.
- Wydaje mi się, że ktoś tu jest… Czuję czyjąś obecność - nieśmiało wtrąciła dziewczyna. - I nie mówisz tu o pająkach? - rzucił Garrett, wskazując na zaalarmowaną hałasem grupkę ożywieńców, która rzuciła się ku niemu z jękiem. - O żesz…! - tylko tyle zdążyła powiedzieć, bo zaraz została zepchnięta do bocznego korytarza. Garrett rzucił w stronę ożywieńców granat błyskowy i zasłonił oczy. Dało się słyszeć syk i jakby dźwięk rozsypującego się szklanego wazonu (na przykład, trafionego piłką; pomińmy wrzaski właścicieli wazonu), po czym wszystko ucichło. - Dobra, pozbyliśmy się ich - odetchnął z ulgą. - Dzięki - powiedziała Melissa. Machnął ręką. - Rączkę? - spytał sarkastycznie, wskazując na szczątki ciała.

Posuwali się powoli i ostrożnie. Korytarz był usiany grupami zombiaczków, pająków i pułapek, np. mechanizmów strzelających płomiennymi kulami. Garrett musiał użyć buteleczki z wodą święconą, by pozbyć się kilku upiorów patrolujących salkę w korytarzu. Inne wejścia także blokowali wodą, co zatrzymywało pochód nieumarłych. Wydawało się, że czas się zatrzymał, że to po prostu makabryczny sen jakiegoś szalonego mapera fanmisji w stylu „Down to the Bonehoard”. Zaczynali się coraz bardziej niepokoić o Gregoriusa…

- Co to za dźwięk? - Melissa przystanęła.
- Znowu zombie? - odpowiedział pytaniem na pytanie Garrett.
- Nie… Bębny.

* * *

Garrett wydostał się z korytarza. Łomot bębnów był coraz lepiej słyszalny. Melissa wygramoliła się także, oboje przyczaili się w cieniu. Ich oczom ukazała się wielka sala z kamienia barwą, deseniem i fakturą przypominającego marmur kararyjski. W centrum znajdowały się potężne schody wykute w litej skale. Tworzyły kilkanaście półpięter, na każdym z nich stały wielkie figury szakali i uzbrojonych po zęby postaci wojowników. Kamienna posadzka odbijała posągi jak w lustrze, co czyniło wyjątkowe wrażenie. Na ścianach, w odpowiednich niszach, płonęły pochodnie. Freski ze scenami batalistycznymi pokrywały boczne ściany komnaty. Po załomach muru pięły się zwoje bluszczu. Na najwyższej kondygnacji, opasany murkiem z okazałymi płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny ofiar i rytuałów (nic oficjalnie nadającego się dla osób nieletnich, czyli krew, kości… Resztę dośpiewajcie sobie sami), znajdował się wulkan. Gorąca magma bulgotała radośnie. Na piętrze niżej był kamienny (a jakiż inny?) ołtarz, a przy nim… stał znany już nam aż za bardzo, lord Chandarava. Tym razem w rozkosznym stroju szamana, łącznie maską wykonaną z czaszki szakala i panterką na plecach w roli płaszczyka. Podskakiwał i wyginał się wokół ołtarza w dzikim tańcu św. Wita, rapując coś o Szachraju, oczywiście nie wyglądając przy tym zbyt inteligentnie. Na każdej z platform przy schodach kłębiły się dziesiątki bełkoczących orków i innych bestii niczym poddani na audiencji u władcy. Melissę dziwiło tylko zastosowanie grubego sznura z łyka, zwieszającego się z prawego muru do ołtarza. Garrett w milczeniu wskazał ręką punkt z prawej strony ściany. Stali jak rażeni gromem. W wysoko położonej niszy, nad głęboką dziurą, pilnowany przez wielkiego, obleśnego orka bojowego, w drewnianej klatce siedział Gregorius…
- O, nie… - jęknęła Melissa.
- Cicho - syknął Garrett. - Nie ruszymy z miejsca, jeśli nie pogasimy tych nieszczęsnych pochodni. Zobaczą nas jak na dłoni.
- Jaki plan?
- Cóż… Najpierw, zaciemniamy salę. Potem, jedno z nas przekrada się do Grega, a drugie wyrzuca ten okropny amulet. Na koniec wiejemy - stwierdził niepewnie.
- Tak… Ekstra pomysł - odparła powątpiewająco.
- Masz jakiś inny? - rzucił ze złością. Widać było, że jest spięty. W milczeniu policzył, ile sekund zajmują Chandaravie poszczególnie pląsy. Powinno się udać… Lord odwrócił się do nich tyłem. Teraz albo nigdy. Wyciągnął strzałę wodną…

PLUSK!

Pocisk przeleciał jakieś kilkaset metrów, po czym opadł po łagodnej paraboli wprost w największą pochodnię pod ścianą z rycerzem, gasząc ją z efektownym pluskiem. Cała prawa połowa pogrążyła się w ciemności. Chandarav natychmiast odwrócił się.
- Nieee… - jęknęli spiskowcy.
- Kto tu jest? - głos lorda potoczył się echem po sali. Bestie zafalowały, brzęcząc wściekle jak rój szerszeni.
- Jesteś tu! A więc przyszedłeś! Przybyłeś tu jak wierny pies! - darł się. Melissa i Garrett wymienili pytające spojrzenia.
- Dziś, moje dzieci, przyszedł dzień chwały! Podniesiemy się z kolan, otrzepiemy z kurzu i sięgniemy po władzę! Dziś koło historii zatoczy krąg, ofiara się dopełni, bóstwo powróci z krainy umarłych! - wrzeszczał w ekstazie. - Leśny Pan wróci, otrzyma, co stracił przez tę zarazę! Leśna Pani dołączy do nas, będziemy żyć w szczęściu, wznosząc modły do naszego boga, a twórczy, pierwotny Chaos w czystej postaci zapanuje na całej Ziemi!
- To zakrawa na narodziny apartheidu - mruknął Garrett.
- Dziś jesteście świadkami narodzin Nowej Ery! Nowego imperium, które zjednoczy wszystkie nasze klany i plemiona w jedność! Ruszymy na zachód, na miasta zbudowane z martwych ciał drzew i kamieni, pokonamy Młotów, a potem obrócimy się na wschód, południe i północ. Przejdziemy Wielką Wodę Okrągłego Morza i spotkamy naszych zamorskich braci w kulcie Szachraja.
Tłum potworów zamruczał potwierdzająco. Lord przełknął ślinę, po czym z pałającymi oczami kontynuował wywód: - Ale nim to się stanie, musimy zniszczyć zarzewie zła. Gdy ciało naszego wroga stanie się pożywką Leśnego Pana i Leśnej Pani, ruszymy dalej. Poprowadzę nas do zwycięstwa!
Obrócił się, po czym za pomocą metalowych szczypczyków wyciągnął rozżarzony węgiel i zbliżył go niebezpiecznie blisko liny łączącej klatkę z rycerzem. - Wiem, że tu jesteś! Jakbyś nie wiedział, mam tu waszego koleżkę! Osobiście nie jest mi potrzebny - tak się składa, że ogień lubi oliwę, taką, jak ta na sznurze… Strata nie będzie wielka - parsknął. W cieniu, Melissa bezgłośnie złapała ustami powietrze, jak karp wyciągnięty z wody. Garrett natychmiast zatkał jej buzię.
- Dalej, Garrett! - Chandarava darł się jak opętany. Jaki z resztą z całą pewnością był. - Chodź tu, zabawimy się! To było tak proste… Ściągnąć cię tu jak wiernego psa! Wiadomo było, że przyjdziesz. Kazali ci. Oni. To była kwestia czasu. Wyślizgiwałeś mi się z rąk, to prawda. Jak mały, złośliwy wężyk! - wrzasnął ze złością. - Ale teraz cię mam w garści, jesteś tu gdzieś i kulisz się jak królik! - zaniósł się opętańczym śmiechem. Obiegł dookoła ołtarz. - Nigdy nie byłeś mężczyzną, wieczny chłopiec. Wiem o tobie wszystko. Teraz cię mam! Tsikaa sobie nie poradził. Wykołowałeś go. Nie docenił Złodzieja! - krzyczał. - Ale ja uczę się na cudzych błędach. Nekromanta uczy się przez wiele lat, ale niewielu miało… taką szansę! Twoja krew… To wszystko, czego mi potrzeba. Leśna Pani i Leśny Pan powrócą, a ja będę ich powiernikiem! Oczywiście, możesz bawić się w kotka i myszkę… Lubię to. Natomiast raczej nie spodoba się do twojemu koledze - to mówiąc, z okrutnym uśmieszkiem bawił się węgielkiem. W klatce rycerz dostawał mdłości.
Melissa mrugała oczami. To działo się zbyt szybko… Mocno ściskała jego dłoń. Lord krążył po platformie jak wściekły pawian.
- Greg… - szepnęła. Garrett myślał gorączkowo. – Czekaj… On jest szaleńcem. A co najlepiej działa na wariata? - uśmiechnął się zagadkowo, niewesoło. Pochwyciwszy pytające spojrzenie dziewczyny, syknął: - Drugi wariat.
Nim Melissa zdołała w jakikolwiek sposób zareagować, wstał, po czym powoli, jednostajnym ruchem negocjatora ruszył do przodu…

* * *

Tego Chandarava nie miał w planach. Zastygł przez chwilę w dziwacznej pozie, wpół obrotu i z idiotyczną miną naburmuszonego czterolatka. Upuścił węgielek na zimną posadzkę, a ten z sykiem zgasł. Widok Garretta stojącego w niedbałej pozie właściciela smakowitego drinka przed zdębiałym staruchem w panterce był godzien uwiecznienia na obrazie olejnym, czy coś w tym stylu. Wierzcie mi, było na co popatrzeć.
- Długo będziesz tak stać? - spytał nonszalancko Garrett. Lord śmiesznie rozdziawił buzię. Po sekundzie otrząsnął się.
- HA! Mam cię w ręku!
- Wiesz, taki ekshibicjonizm nie należy do dobrego tonu - skomentował kwaśno. - W pewnych kręgach jest to dowodem… dewiacji.
Melissa w cieniu bezradnie obserwowała, jak lord przywiązuje Garretta do ołtarza i rechocze. Ciekawe, co powiedziałaby na fakt, że w klatce Gregorius czynił dokładnie to samo. Nie, nie przywiązywał Garretta, drogi czytelniku. Eufemistycznie mówiąc, martwił się. Tymczasem Chandarava zapalał wokół kostek Garretta czarne świece, dymiące gryzącym dymem. Rozpoczął inkantację:
- Usłysz mnie, Leśna Pani,
Oto ten, kto cię zranił,
Jego życie niedługie…
Wspomóż wiernego sługę!
Usłysz mnie, Leśny Panie,
Usłysz moje wołanie!
Niech zapłaci, kto zgnębił,
Zniszczył twoją potęgę!
Niechaj będzie ofiara,
Niech odżyje twa wiara,
Niechaj z prochu powstanie
Bóg i jego Poganie!
- Mógłbyś najpierw mnie zabić, a potem śpiewać? - spytał głośno Garrett. Chandarava zatrząsł się z wściekłości. Garrett udał zatroskaną minę. - Ojejku, nie martw się. Tak serio: masz uroczą szatę.
- Naprawdę? - zainteresował się lord. Zabrzmiało to wyjątkowo głupio.
- Oczywiście. Powiedz, a była też męska wersja? - zripostował.
- Arrrgh! - lord zrobił się cały czerwony. - Och, zamknij się, jesteś ofiarą, ofiara powinna płakać i błagać o przebaczenie. Tak napisano w „Poradniku wzorowego nekromanty”! - wskazał na idiotycznie kolorową książeczkę, zapewne z taniego wydawnictwa ezoterycznego. Warto wspomnieć, że na Dysku niezbędnymi atrybutami maga są: szpiczasta czapka (najlepiej z napisem: „MAGGUS”), kilka kolorowych cieczy w kolbach stożkowych, kruk (niekoniecznie biały), poręczny pentagram, trochę biżuterii okultystycznej, jakiś grimoire – obowiązkowo opatrzony kilkoma klątwami i czaszka. Kupują to wszystko w sprzedaży wysyłkowej.
- Ojej, nie wiedziałem. Sorry.
Chandarava przewrócił oczami, po czym spytał: - A kim chcesz zostać, jak już złożę ofiarę? Haunt nie wchodzi w grę, nie jesteś, dzięki Szachrajowi, Młotodzierżcą… Ale mów: jakimś specjalnym duchem, wampirem, zombie…?
Garrett udał zamyślenie. - Może być zombie. Jest przynajmniej… ekologiczny. A wiesz, za tego wampira to dziękuję, ale miłośnikiem pani Stephanie Meyer nie jestem. Można powiedzieć, że mamy ze sobą na pieńku.
- W porządku.
Chandarava sapnął i wyjął z torby (w różowe, gustowne według niego czaszki, takie maleńkie czachunie widywane czasami na deskorolkach) cztery kamienie szlachetne - żółty, niebieski, zielony i czerwony. Zaczął mruczeć jakieś zaklęcie.
- W imię czerwonego jak krew żywiołu ognia, oto opal ognisty - to mówiąc, wsunął opal w wyżłobienie w ściance ołtarza z wizerunkiem płomienia.
- W imię błękitnego jak ocean żywiołu wody, oto turmalin czarny - zrobił to samo ze znaczkiem fali.
- Przecież woda jest niebieska, a właściwie - przeźroczysta - poprawił Garrett. - Och, zamilknij wreszcie, do Szachraja! - warknął lord. - W imię zielonego jak las żywiołu Ziemi, oto oliwin - zielony kamień przypominający szmaragd wylądował w rowku z rysunkiem liścia. - W imię żółtego jak mgła wieczorna żywiołu powietrza, oto aurypigment… Niech to… Gdzie aurypigment??? - wrzasnął rozeźlony. Cóż… Błędem było przechodzenie obok Mistrza Złodziei z tak atrakcyjnym kamieniem…

* * *

W czasie, gdy Garrett fantastycznie robił z Chandaravy - powiedzmy to otwarcie - idiotę, Melissa przekradła się za plecami rozwrzeszczanej hałastry potworów. Kucnęła w cieniu pod zgaszoną pochodnią, po czym założyła rękawiczki do wspinaczki. Zmyślna zabawka z chropowatej skóry o dużej przyczepności do ścian i murów z cegieł, kamieni i kostki. Po chwili wspinała się po pionowej ścianie do klatki z rycerzem i stróżującym orkiem bojowym ściskającym potężnych gabarytów topór wojenny. Lekko przerzuciła nogę przez balustradę, po czym podciągnęła się do góry. Powoli zakradła się do orka, po czym szybkim ruchem wyciągnęła pałkę i ogłuszyła go. - Sorry, Winnetou - mruknęła, zrzucając nieprzytomne stworzenie do głębokiego dołu pod klatką z rycerzem. Ten podniósł się z podłogi zrobionej z drewnianych prętów. - Dziękuję wam bardzo, siedziałem pod murkiem z tą płaskorzeźbą, gdy płyta w podłodze się podniosła i porwały mnie te orki! Chyba do trzech razy sztuka… - szepnął. - Cicho - przyłożyła palec do ust. - Wynosimy się stąd, ale jest grubszy problem. Ten szaleniec Chandarava chciał podpalić linę z twoją klatką, a Garrett poddał się, by tego nie robił.
- O jejku…
Po chwili otworzyła zamek z klatki. - Masz amulet? - spytała. - Tak! - odrzekł poważnie rycerz.
- Więc wreszcie zakończmy tę farsę.

* * *

Gregorius i Melissa zeskoczyli na ziemię. - Byłeś tu dłużej niż ja. Jest tu jakaś droga do wnętrza wulkanu? - spytała Strażniczka. Rycerz kiwnął głową ochoczo i zaczął przesuwać się powoli w stronę jednych z wielu zamkniętych drzwi.
Gregorius pomógł popchnąć drzwi, co nie poszło zbyt łatwo, biorąc pod uwagę gabaryty kamienia, który po ociosaniu i wyrzeźbieniu stał się przejściem do wewnętrznych pomieszczeń. Korytarz przed nimi był pogrążony w ciemności. Dwójka ruszyła powoli z wyciągniętymi przed siebie rękami. - Głupia byłam, flary zostawiłam w Siedzibie… Na pewno dojdziemy tędy do wulkanu? - upewniała się Melissa.
- Stąd przyszły orki. I ten wielki, który mnie pilnował, też - odpowiedział rycerz. - Skoro tam byli, to jest to ważne miejsce.
- Racja - zgodziła się Strażniczka. Przyśpieszyła jeszcze bardziej, nie mając pewności, jak radzi sobie Garrett. Chandarava w każdej chwili był gotowy zdobyć jego krew, a można go powstrzymać tylko niszcząc amulet. Nagle, za załomem korytarza, błysnęło światło pochodni…

* * *

Garrett leżał przykuty do ołtarza, podczas gdy Chandarava próbował przeprowadzić rytuał. Czynił to w dość dziwaczny sposób, mianowicie: łaził na czworakach jak terierek z nosem przy ziemi, szukając kamienia.
- Wiesz co? Jeśli przeżyję te wygłupy, spróbuję ćwiczeń w tej pozycji - zaczął Garrett. - Czy byłbyś tak uprzejmy i zdradził mi, czy to tai chi, czy joga? - zapytał, dusząc śmiech. Oprawca (to za dużo powiedziane) leżał na ziemi, wygięty w nienaturalnej pozycji, a jego obie ręce zniknęły pod ołtarzem. - Arrgh...!!! - krzyknął ponownie nekromanta. - Zamknij się już! - dodał, wstając. Jego twarz nie była już czerwona. Zrobiła się trupio blada. W oczach lorda płonęła żądza mordu.
- Ależ dlaczego? Ja tu czekam, nudzę się jak mops, a ty poprawiasz kondycję! Mamusia nie nauczyła cię, że gośćmi trzeba się uprzejmie zajmować od wejścia do wyjścia? - Garrett uniósł brwi i przybrał smutną minę.
- Nie denerwuj mnie, pajacu - burknął Chandarava. - Szukam aurypigmentu, jakbyś nie wiedział. Bez tego nie przeprowadzę rytuału jak należy! On musi gdzieś tu być.
- Wiesz, co teraz zachodzi? - spytał Garrett z miną naukowca. Zapewne podpatrzoną u Śmierci.
- Co?
- Prawa Murphy’ego.
- Wiesz co? Zamknij się lepiej.
- Uuu, niemiły. A nie masz zapasowego? Bo wiesz, od więzów bolą mnie już ręce - wywrócił oczami Złodziej. - Idź po nowy i zajmij się czymś konstruktywnym - doradził usłużnie. Lord nagle zmienił wyraz twarzy. Wyglądał, jak gdyby doznał olśnienia. - Genialne! Po prostu genialne! - krzyknął radośnie. - Gdybyś nie był taki uciążliwy jak jesteś, to może oszczędziłbym cię.
- Naprawdę?! To super - uśmiechnął się sztucznie Garrett. - Idź już po ten kamień, bo jeszcze pogubisz inne. Może jesteś kleptomanem i sam o tym nie wiesz? Teraz chyba są bezpłatne badania. Z twoim gestem i prezencją może uda ci się przecisnąć przez naszą Służbę Zdrowia.

Lord już szperał w wytwornie rzeźbionej szkatule.

* * *

Zadziwiające, jak zręczne ręce mogą popracować pomimo magicznych więzów. Najlepszym dowodem jest fakt, że nim Chandarava powrócił, reszta klejnotów zniknęła także. Oczywiście, jak możecie się domyślić, trafiły w dobre towarzystwo rzeczonego aurypigmentu. Gdy jednak powrócił…
- Niech to (brzydkie słowo)! Gdzie reszta kamieni?! - wrzasnął. Garrett zrobił minkę niewinnego puchatego króliczka. Wyglądał jak uosobienie niewinności i skrzywdzonej potulności. - Proszę?
Lord był wściekły.
- Ech, właściwie na grzyba mi kamienie - wzruszył ramionami. - Tak byłoby ładniej: efekty świetlne, lasery, ale trudno. Da się to załatwić prościej - to mówiąc, sięgnął po ostry sztylet z obsydianu o rzeźbionej rękojeści… Przed pochlastaniem Garretta uchronił go dziwny dźwięk dobiegający zza drzwi. - Hę? Co jest? Jeszcze tu wrócę po ciebie! - warknął, po czym pomaszerował w kierunku jęku, z obrażoną miną smętnie wlokąc ogon panterki po kamiennej posadzce.

* * *
Melissa i Gregorius przyczaili się w niewielkim cieniu rzucanym przez jeden z posągów szakali. Przez korytarz przeszedł ogromny, zwalisty ork. Melissa szybko ogłuszyła go i zaciągnęła do cienia. Podała rycerzowi jego sztylecik otrzymany u Opiekunów, kilka granatów gazowych i błyskowych, pieszczotliwie nazywanych przez Garretta „bombkami” oraz błękitną buteleczkę: miksturę niewidzialności. Powoli posuwali się w głąb korytarza. Po chwili ich oczom ukazał się wulkan, pilnowany przez grupę orków bojowych, tańczących przed figurą Szachraja. Było bardzo ciepło. Wypiła miksturę, a rycerz zrobił to samo. Podbiegła do potworów i wspólnie z przyjacielem (który udowodnił swoją zapobiegliwość, znajdując po drodze twardy kamienny talerz, zapewne rytualny, doskonale sprawdzający się jako blackjack) zaczęła pozbywać się ich. Stworzenia po kolei padały na ziemię nieprzytomne, a ich towarzysze bezskutecznie próbowali się bronić. Trudno złapać niewidzialnego przeciwnika. Nim napój przestał działać, wszystkie maszkary leżały grzecznie na kupce w kącie sali, śpiące snem sprawiedliwym. Gregorius przybił piątkę przyjaciółce, a ta powiedziała, nie bez satysfakcji: - Powinni zacząć nas wynajmować. Skutecznie sprzątanie z orków i innych nieproszonych gości.

Rozluźnieni, skierowali się w stronę bulgoczącej magmy, gdy nagle… w drzwiach z korytarza stanął Chandarava.

* * *

Garrett poczęstował się wielkim diamentem, który zwędził Chandaravie prosto z paska. - Tak, to będzie fajna pamiątka. O ile uda się opuścić miejsce wycieczki - stwierdził do siebie. - Na co się nie zanosi.
Przymknął na chwilę oczy…

Szedł uliczką jakiegoś miasta. Było inne: zbudowane z dziwnych tworzyw i dużej ilości szkła, zaś na murach wisiały ogromne obrazy uwieczniające jakieś głupoty w stylu nowego serka homogenizowanego. Mijało go mnóstwo ludzi, jednak zdawali się mieć go w wielkim poważaniu. Brzydko pachniało psującymi się materiami organicznymi, a w powietrzu - oprócz smrodu - brzmiały dźwięki z innych ulic. Pośrodku mknęły z zawrotną szybkością metalowe powozy, ani w jednym procencie tak ładne, jak zwykłe dorożki z Miasta. Garrettowi się tu zdecydowanie nie podobało. I nie miał mapy, co było jeszcze gorsze. Szedł przed siebie, rozglądając się wokół, gdy w pewnej chwili dostrzegł znajomy znak czerwonej dłoni: symbol tych nie do końca legalnych - w pojęciu szarego mieszkańca Miasta - interesów. Z ulgą skierował się w rzeczoną stronę. Niestety, paser chyba nie miał dobrze w głowie. Stał sobie w biały dzień, w lekkiej skórzanej kurteczce i błyszczących, zdecydowanie rzucających się w oczy butach przy straganie z połyskującymi prostopadłościanami z dziwnego metalu (dziś wiedzielibyśmy, że to telefony popularnej sieci Heyah). Na daszku z papieru kołysała się wielka czerwona łapa.
- Niemożliwe! Pan Garrett?! - rozległo się z tyłu. Garrett podskoczył z wrażenia. Zobaczył szpakowatego gościa w średnim wieku z czarnym zarostem na twarzy. Był ubrany w czarny strój, który nieodmiennie kojarzył mi się z jakimś nadzianym dilerem narkotyków w Central Parku chętnie pokazywanym na filmach. - C-czy my się… znamy? - spytał podejrzliwie, cofając się w podcienie budynku, zajmowane przez jakieś bistro. - Moje nazwisko George Clooney - facecik uśmiechnął się, ukazując garnitur białych ząbków (zapewne świeżo po wymianie sztucznej szczęki). Wręczył oniemiałemu Garrettowi błyszczącą, sztywną wizytówkę. Na kredowym papierze złotą kursywą było wypisane „George Clooney - Daniel Ocean”. Pod spodem widniał wyszlifowany brylancik. - Wiesz, jestem twoim wielkim fanem - ględził. - Dlatego, gdy pana zobaczyłem, tutaj… Powiem wprost: zagrałbyś w moim filmie „Ocean’s Fourteen”…?

Garrett ocknął się zlany potem. Boże, to tylko sen. Chyba się czegoś nawdychał. Ale chwila… Diament! Bardzo ostry kamień! Gdyby udało się przeciąć nim te nieszczęsne liny…

* * *

- O, nie… - szepnął rycerz. Chandarava zaraz ich zobaczy. Nekromanta był już tylko o kilkanaście metrów od nich. No, fajnie… Stało się. Lord wybałuszył oczy. - Gregorius? Ty?! Jesteś tutaj?! I z nią?! No, ale niedługo. Ukradliście mój amulet, ale nie zdołacie mnie zniszczyć!
Sięgnął do paska w poszukiwaniu różdżki…
- Tego szukasz? - Za nim sterczał Garrett, najwyraźniej dobrze ubawiony, z różdżką w dłoni. - Greg, łap! - wrzasnął, po czym różdżka znalazła się w rękach rycerza.
- Na co czekasz?! Wyrzuć ją, do cholery! - Garrett pozwolił sobie wyjątkowo na brzydkie słowo. Widać był bardzo wzburzony.
- I ten amulet też!!!
Gregorius obrócił się, po czym wrzucił ją do wulkanu. Magma pochłonęła ją z radosnym bulgotem. Melissa zerwała z szyi amulet, po czym poszedł on w ślad za różdżką.
- NIE!!! - darł się lord. - Wredne popsujzabawy!
Sala zaczęła się zmieniać. Ogłuszone orki zniknęły. Magia amuletu przestała działać. A sam lord… Cóż, Złodziej nie wytrzymał i dał mu blackjackiem prosto w potylicę. To go skutecznie uciszyło.

Rycerz i Melissa podbiegli do niego, radośnie się witając. - Dobra, dobra - udawał, że się opędza, jak zwykle. - Chodźcie, zmieńmy otoczenie. Ja mam ochotę na coś ciepłego w domu. Melissa, ty gotujesz.
- OK - rzuciła, uszczęśliwiona. - Wreszcie po wszystkim - dodał radośnie rycerz.
- Jak sądzisz, Greg… - Garrett bawił się diamentem. - Chyba lordunio nie obrazi się, jeśli zabierzemy sobie coś na pamiątkę?
Strażniczka przewróciła oczami. - Jak ty znalazłeś czas na uganianie się za błyskotkami?!
Wykrzywił się pociesznie. - Opowiem w Mieście.

* * *

W Letheritzii zamówili powóz. - Na plac przed pałacem królewskim, proszę, to pilne - powiedział Gregorius.
Garrett, na widok pytającego wzroku stangreta gapiącego się na lorda, będącego nadal w objęciach Morfeusza, odpowiedział miękko: - Nasz dziadziuś. Wracamy z jego… lekcji jogi, nic dziwnego, że jest zmęczony i zasnął.
Ta argumentacja przekonała człowieka, który należał do tego gatunku mężczyzn, którzy są lubiani, choć nie zawsze wystarczająco doceniani przez kobiety: ten typ niewiele mówi i swoje myśli zachowuje dla siebie, przez co należy do bardzo zgodnej i potulnej wręcz odmiany. I doskonale się nim rządzi. Te cechy czynią z nich idealny materiał na męża. Po chwili powóz, podskakując na kocich łbach (nie dosłownie, trochę smaku!), ruszył w drogę…
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

118167 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie