Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Listopad 23, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 638
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
Nie zadzieraj z cieniami
Nie igraj z cieniami
By M. Rlin, tłumaczenie by Melissa Macunado


Głęboko w czeluściach każdego pubu i tawerny, osoba gotowa na udostępnienie ucha i monety może usłyszeć niejedną historię. Historię o niewidocznym podbrzuszu Miasta. Opowieści tego typu, których poważani nadzorcy dzielnic czy Młotodzierżcy woleliby zachować w tajemnicy przed każdym porządnym obywatelem. Opowieści o kradzieżach, przekrętach i brudnych interesach arystokracji, o których woleliby, abyś nie wiedział. Zabójstwa, porwania, spiski – to wszystko można usłyszeć. Za odpowiednią cenę może udać ci się nawet dowiedzieć o wzmiankach o legendarnym Garretcie: Człowieku-Cieniu, Postrachu Straży. O tym spryciarzu można snuć wiele baśni, wszystkie skryte w aluzjach, plotkach, pogłoskach i kłamstwach. O tak, Garrett: Pan Nocy.

Jednakże o naprawdę uzdolnionych złodziejach nie istnieje żadna sprawdzona wiedza. Nie ma nawet imion ani historii ich życia, którą dałoby się prześledzić. Nie ma żadnego pasera ani oficjela, który miał z którymkolwiek z nich do czynienia. Jedyny ślad ich bytności to puste sakiewki i okazjonalne zwłoki, uszkodzenia w ścianach czy ledwo zauważalny ruch zasłon. Prawdziwy mistrz nie zostawia śladu swej bytności, żadnego znaku egzystencji. Dlatego właśnie nigdy nikt ich nie pojmał.

Z tego samego powodu żaden mistrz złodziejski nigdy nie zaakceptował posiadania spadkobiercy swych zdolności. Czemu miałoby to służyć, jeśli nie tworzeniu więzi między nim a którymkolwiek z nieudanych skoków ucznia? Żaden prawdziwy wirtuoz nie toleruje takiej słabości.

Zastanawiasz się pewnie, skąd w takim razie świat w ogóle wie o tych cichych, pełnych gracji cieniach, zajmujących się swoim powołaniem: bezustannymi misjami. Co ważniejsze, jak posiadłem moją wiedzę? Zważ: jeśli nic nie zostało spisane, jeśli nikt nigdy ich nie pojmał, a żaden uczeń nie został wytrenowany… wiedza musi być przekazywana przez słowo mówione. Przez jednego z tych mistrzów.

Czemu nie zapytasz mnie o moje życie?

* * *

Ze zmarszczonym czołem jeszcze raz przedzierałem się przez arkusze pergaminu leżące na moim biurku. Ten raport musi gdzieś tu być, mruknąłem do siebie. Tylko kim jest ten Fitz i czego chce?

Ten młody człowiek, choć znany tylko jako Fitz, był najnowszym cierniem w moim oku. Od początku poprzedniego tygodnia byłem świadomy jego egzystencji; moja wiecznie rozrastająca się sieć oczu i uszu informuje mnie z dobrym wyprzedzeniem jak zawsze. Młodszy człowiek, dość ambitny w swych zabiegach, Fitz był tym, kogo oficjalnie nazywa się "niezależnym";. Niezatrudniony przez nikogo, mógł być zaliczony do jednego z pośledniejszych kupców. Importer towarów, przewoźnik ładunków.

W rzeczywistości, Fitz był złodziejem.

Oczywiście, dobrze to ukrywał, ale potrafię rozpoznać złodziejskie przebranie. Lata mojej profesji uczyniły to absolutną koniecznością. Tak, muszę to przyznać, Fitz stworzył naprawdę imponującą fasadę przyzwoitości. Dla niewyćwiczonego oka był perfekcyjnie praworządnym biznesmenem: poważany w Mieście, prominentny członek Kościoła, znajdował się w łaskach Młotodzierżców. Jego pochodzenie mogło być prześledzone dobrze ponad dwieście lat wstecz. Starsi ludzie lubili go. Był miły dla dzieci i małych psów.

Modelowy obywatel. Jakże uroczo.

Jednak moja sieć informatorów sprawdza się dość dobrze. Pojawienie się znaczących przedmiotów tu, znikanie funduszy tam… Wiedziałem. Nic nie umyka mojemu podejrzliwemu oku.

Nie wspominając, że drań włamał mi się do domu.

Nie zwracaj uwagi na moje pompatyczne komentarze: prawdopodobnie nie wiedziałbym o jego prawdziwych interesach, gdyby nie zdecydował się okraść mnie. Miałem podejrzenia, że nie jest całkowicie czysty, ale nic więcej. Muszę zwrócić Fitzowi jego racje: był obiecujący. W rzeczywistości niewielu złodziei zwraca moją uwagę; on zwrócił. Dlatego właśnie nerwowo przetrząsałem moje raporty.

Ach, tu jesteś przyjacielu. Prosty, mizerny kawałek pergaminu spoczywał w mojej dłoni. Pająkowate, rozlane pismo pokrywało go od góry do dołu.

WSZYSTKIE ZNANE INFORMACJE DOTYCZĄCE OSOBNIKA NAZWISKIEM WILLIAM FITZ

Oficjalnie handlarz różnych antyków, posiadacz prywatnego interesu. Centrum operacji ulokowane na Main St, Południowa Dzielnica. Rezydencja znajduje się na dolnym Dziedzińcu Wschodnim. Prywatni służący noszą rudawobrązowo-złote liberie. Posiada dobre znajomości z niżej wymienionymi naczelnikami miejskimi: Prescott, MacDuff, Nash; dobrze oceniany przez Młotodzierżców. Wątłej budowy, dobrze utrzymane blond włosy, kozia bródka.

W rzeczywistości, niezależny złodziej, preferujący sprzedaż lub transport towaru samodzielnie niż korzystając z usług pośredników. Warte uwagi prace obejmowały kradzież niektórych istotnych dokumentów z Gildii Handlarz Suknem; jeden z wielu chętnych do "porządków" u Bafforda.

Ciekawe, czy Wallace dokopał się przy okazji do drugiego imienia swojej babci, mruknąłem do siebie, czytając raport po raz trzeci. Czasami moi ludzie są dokładni aż do przesady. Nie płacę im za bycie kimkolwiek mniej.

Tak, Fitz miał o sobie wysokie mniemanie. Na tyle wysokie, by nie przejmować się swoimi przyszłymi zajęciami. Nie chodzi mi o to, że mógł znaleźć cokolwiek na mnie, ale mógł chociaż spróbować. Zorientowałem się o jego obecności pięć minut po jego wkroczeniu do mojego domu, ale moi strażnicy mają jasny nakaz nie interweniowania, dopóki nie zostanę zaalarmowany osobiście. Lubię samemu zobaczyć, kto ma dość jaj, by okradać mnie. Nazwijmy to moją prywatną nieszkodliwą ekstrawagancją.

W milczeniu obserwowałem, jak złodziej skrada się przez mój dom, zbierając rzeczy bez dyskryminacji. Byłem oburzony. Jak on śmie przychodzić tu, szukając niczego poza pieniędzmi?! Jak każdemu, kto próbuje mnie okraść, pozwoliłem mu uciec. Znam bardziej zajmujące sposoby radzenia sobie z moimi przeciwnikami.

* * *

Zabawny fakt o złodziejach: wydają się nigdy nie myśleć, że mogą sami być śledzeni. Jak sądzę, coś w ich statusie społecznym czyni ich jakby odpornych. Dość przydatna rzecz, z której okazjonalnie można wyciągnąć korzyść.

Usadowiłem się głębiej w cieniach, które wybrałem jako miejsce zasadzki przed rezydencją Fitza. Jeśli mój wywiad dotyczący planów budynku i układu pomieszczeń był poprawny, powinien wyjść gdzieś po tej stronie. Potem będę mógł wziąć się do roboty.

Noc według złodziejskich standardów była po prostu piękna. Dzień przedtem, po Mieście przetoczył się sztorm, a cienka, eteryczna mgła utworzona z dziennych opadów deszczu nadal dryfowała przez wilgotne uliczki i alejki. Nic nie satysfakcjonuje złodzieja tak jak dobre stare cliché zdolności do "zniknięcia we mgle".

Te same gniewne chmury burzowe, które zapewniły mi mgłę, całkiem nieźle ukryły to, co kiedy indziej byłoby księżycem w pełni. Jedyna rzecz lepsza od hojnego zalewu cieni to kompletny brak światła. To wyglądało zbyt pięknie, aby być prawdziwe: zdarzało się nawet okazyjne uderzenie pioruna, mogące zamaskować jakikolwiek niewłaściwy odgłos mogący od czasu do czasu zabrzmieć. Nie mogłem prosić o więcej.

Północ minęła, a na ziemi należącej do Fitza nic się nie zmieniło. Ulice były opustoszałe: tylko okazjonalne wyciszone kroki nocnego strażnika Młotodzierżców zakłócały cichą ciemność. Rezydencja była jedną tych typowych kupieckich willi z tego okresu: trzy poziomy, szczerze bezmyślnie wzniesione kamienne ściany, typowe główne wejście w centrum muru, otoczone flankami strażniczek po obu stronach. Z pewnością Fitz dobrze opłacał swoich ludzi: od kiedy dostałem się tam, żaden z dwóch mężczyzn na warcie nie ruszył się na centymetr ze swojego miejsca ani nie odważył się otworzyć ust do drugiego. Dobrze wyćwiczeni.

Błysk ruchu odciągnął mój wzrok od dwóch strażników w kierunku tyłów rezydencji. Cień wychynął z klatki schodowej w podcieniach i bezszelestnie przemieszczał się w stronę przeciwległej alei. Ach, mój chłopcze. Czas na rozpoczęcie mojej roboty.

Nie miałem pomysłu na cel nocnej wyprawy Fitza; dowiedziałem się tylko, że już wcześniej planował robotę w godzinach nocnych. Z raportów dostarczonych mi przez moje oczy i uszy, Fitz jawił się jako nikt poza przeciętnym włamywaczem z ulicy, czyhającym na miłą, bezpieczną, nie do wytropienia gotówkę. Nie możesz go oskarżać: młodzi i niedoświadczeni często dają się zauroczyć diabelskim blaskiem monety. Rzadko widzą nieocenione skarby, które można wyciągnąć z rzeczy tak powszedniej jak skrawek informacji.

Muszę przyznać Fitzowi jego rację: facet potrafił zniknąć, jeśli chciał. W razie potrzeby przekradł się za nadchodzącym nocnym strażnikiem Młotodzierżców niemalże tak dobrze jak ja sam. Gdybym nie spędził mojego życia pośród cieni, Fitz zgubiłby mnie przy pierwszej alejce. Prawie przylepiając się do cieni, jakby światło mogło go spopielić, złodziejaszek wystawiał się na światło pochodni tylko w razie absolutnej konieczności.

Po zawrotnej ilości skrętów I obrotów Fitz zatrzymał się. Domyślny uśmieszek błąkał się po moich wargach. Podejrzewam, że dzieciak był kimś więcej niż zwykłym oberżnijsakiewką.

Przed spowitym w cienie złodziejem z nocy wyłaniała się majacząca Katedra Młotodzierżców we własnej osobie.

Powoli wypuściłem powietrze z płuc. Ruszamy na wielki podbój, co, synu? Myślałem z jadowitym uśmieszkiem. Rabujesz rękę, która cię karmi? W najlepszym wypadku zostanie to uznane "tylko" za przestępstwo. Ja, dla przykładu, nigdy nie mam nic przeciwko zobaczeniu sakiewek Młotodzierżców choć trochę opróżnionych. Wygląda na to, że zdejmuje ich to z piedestału na jakiś czas.

Teraz pytanie brzmi: jak się dostać do środka. Bez względu na uczucia, jakie żywię do tych fanatyków, muszę przyznać: wiedzą, jak zbudować porządną fortecę. Wzniesione na wysokich na trzydzieści stóp zewnętrznych murach wieżyczki strażnicze w regularnych odstępach, każda obsadzona dwoma łucznikami. Jeśli jakimś cudem uda ci się pokonać stromą kamienną ścianę i dostać na drugą stronę bez tych wszystkich strażników zmieniających cię w laleczkę voodoo, czeka się pokonanie odcinka czystego żwiru długości dwudziestu stóp oddzielającego mury od samej katedry. Wnioskując po dźwięku chrzęstu kroków, wewnętrzny dziedziniec był dobrze strzeżony, mógłbym się też założyć o moją szczęśliwą pałkę, że był także doskonale oświetlony. W rzeczywistości, mają nawet most zwodzony! Mógłbyś uznać, że przygotowują się do oblężenia, a nie prowadzenia ceremonii religijnych.

Obecnie zaczynałem być ciekawy, jak moja zwierzyna łowna zamierza urządzić swoje „wejście smoka”. Sam znałem drogę do środka, odkrytą podczas jednej z moich nocnych eskapad, ale wątpiłem, by ktokolwiek inny odkrył mój mały sekret. W rzeczywistości byłem z niego dość dumny. Był aż zbyt prosty.

Zatrzymując się tylko na moment, by spojrzeć na zimną, niedostępną budowlę, Fitz kontynuował swój rajd przez równoległe ulice. W końcu zatrzymał się mocno za główną brukowaną drogą, siłując się z czymś na ziemi, po czym wydawał się zniknąć. Dobry jest.

Przesuwając pokrywę sąsiedniej studzienki, także zacząłem zagłębiać się w system kanalizacyjny Miasta. Zabawne, jak niektórzy ludzie gotowi są postawić górę przed drzwiami frontowymi, a równocześnie zostawić ziejący otwór w ich toalecie, przez który przeciśnie się każdy średniego wzrostu człowiek. Zupełnie, jakby myśleli, że jeśli oni będą go ignorować, inni też tak postąpią. Ach, nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Tak długo, jak są bogaci, nie przeszkadza mi ich głupota.

Schodząc w dół do ostatniego stopnia wmurowanego w prowadzący w dół tunel, byłem w stanie słyszeć kroki Fitza chlupoczące w stronę katedry. Mniej niż krople spływające do zjełczałych wód płynących poniżej mnie czułem zupełną ciemność, "od dołu, od góry i po bokach". Ach, zupełnie tak, jak je zapamiętałem. Zwieszając się w stronę tunelu z połączonych ze sobą rur, które biegły wzdłuż stropu, bezszelestnie podążałem krok w krok za nieświadomym złodziejem…

* * *

Przycupnąwszy wysoko między krokwiami, zbierałem myśli. Noc idealnie pasowała do mojego planu.

Po tym, jak Fitz dostał się do katedry poprzez system wodny, który odkryłem rok temu, plan był bardzo prosty. Intruz myślał tylko o jednym; myśl, że może być śledzony, nigdy nie przeleciała mu przez głowę. Według jego rozumowania, jedyni ludzie, którzy mogli go tropić, uruchomiliby alarm w momencie, gdy nieproszony gość zostałby dostrzeżony. Jego plan był łatwy do przejrzenia; dość systematyczny. Nic nadzwyczajnego, po prostu zaczynając od ubikacji, w której się pojawił, metodyczne przeszukiwanie każdej komnaty po kątem czegokolwiek o jakiejkolwiek wartości. Byłem wstrząśnięty. Złodzieje nie mają obecnie za grosz stylu i smaku.

Cała operacja jak na razie przebiegała bez przeszkód. Zewnętrzny patrol Młotodzierżców mógł być imponujący, ale wewnątrz okazywali się tak samo rozluźnieni jak każdy strażnik. Nie można jednak ich winić: przechodzenie tej samej rutyny noc w noc bez żadnej odmiany wiąże się z uczynieniem każdego przynajmniej nieco letargicznym. W każdym razie, nie stanowili żadnego problemu.

Śledzenie Fitza także okazało się łatwością: tak długo, jak pozostawałem w tych samych cienistych zakamarkach używanych przez niego przede mną, byłem całkowicie bezpieczny. Dzięki mojej niedawnej małej robótce tutaj, nadal miałem w głowie dokładny plan budynku. Jeśli Fitz wszedł do pomieszczenia bez innych wyjść, musiałem zwyczajnie poczekać na niego, nim będę mógł działać dalej.

I tu cię mam, chłopie. Następnym przystankiem Fitza było główne sanktuarium, gdzie wcześniej zdecydowałem, by wykonać mój ruch. Gdy tam dotrze, sakwa mężczyzny powinna już być dosyć obciążona wagą złota Młotodzierżców, bardziej niż wystarczająco, by spowodować puszczenie się wściekłego strażnika w pogoń za właścicielem sakiewki. Fitz będzie miał raczej nerwowy moment na ucieczkę. Dlatego gdy tylko przestępca przemknął się do bocznego pokoju położonego wzdłuż korytarza wiodącego do sanktuarium, cicho wślizgnąłem się do wielkiej komnaty. Usadowiwszy się głęboko w cieniu, mój kieszonkowy hak, przystosowany do abordażu, pofrunął wysoko ponad moją głową, wprost w belki stropowe. Sukces! Patrole ani razu nie rozbrzmiały niczym głośniejszym niż kaszel, gdy wspinałem się w górę do imponującej konstrukcji tworzącej sufit sanktuarium. Teraz pozostaje jedynie czekać. Lekkie zafalowanie cieni zapowiedziało przyjazd mojej ofiary. Jego cel było oczywisty: umieszczony w samym centrum kaplicy, na szczycie nieozdobionego ołtarza, stał wysoki na dwie stopy młot z czystego złota. Przynajmniej tak mi się wydawało, nienaturalnie gładkie pokrycie z kamieni szlachetnych odwracało spojrzenie od ciała samego artefaktu. Phi. Dla bandy gości, dla których nie liczy się nic poza prostotą i pobożnością w imię ich wywyższanego Budowniczego, te młoty z pewnością nie są związane z ich własnymi ludzkimi nawykami. Prawie martwiło mnie, że tego wieczoru zabawka nie znajdzie nowego domu.

Po obu stronach ołtarza stało dwóch tych pobożnych typków, z dobrymi, starymi, przewidywalnymi młotami bojowymi w rękach. To będzie dość dotkliwa beania dla młodego złodziejaszka.

Teraz nadeszła moja kolej. Cicho dobyłem długi łuk, który "pożyczyłem" sobie od ogłuszonego strażnika. Mój celownik podążał za celem, gdy Fitz pewnie przemykał od jednego filaru do drugiego, zbliżając się do ołtarza od środkowego przejścia pomiędzy ławkami. Wypuszczając powolutku powietrze, puściłem napiętą cięciwę i wystrzeliłem strzałę. Mój strzał trafił prosto w cel.

* * *

Fascynujący skrzek wydobył się z gardła Fitza, gdy okrutna stal wbiła się głęboko w mięsień jego ścięgna podkolanowego. Moim celem nie było zabicie gościa, jedynie lekkie uszkodzenie go.

W momencie Młotodzierżcy go dostrzegli. Ich rozwścieczone wrzaski rozbrzmiewały w olbrzymiej katedrze, kiedy para rzuciła się na Fitza, ich złowrogie młoty tłukące na oślep. "Nauczymy cię nieprawości w okradaniu Budowniczego, złodzieju!!!"

* * *

Widzisz, to jedno z moich dziwactw. Zwyczajne zabicie faceta byłoby daleko zbyt proste. Oskarżenie Fitza o przestępstwo doprowadziło mnie do ataku śmiechu. W ten sposób, nie tylko zajęto się nim, całkiem efektywnie i bez żadnych powiązań z moją skromną osobą, ale jego reputacja także legła w gruzach: teraz każdy w Mieście będzie wiedział, że Fitz jest nikim więcej ponad zwykłego ulicznego złodziejaszka. Całkiem skuteczna robota, jeśli mogę wtrącić.

* * *

Pomiędzy krzykami agonii, kiedy życie było dosłownie wytrząsane z jego masakrowanego ciała, oczy Fitza na próżno szukały źródła raniącej strzały. Sądząc po kącie lotu, mężczyzna miał przybliżony pomysł trajektorii lotu pocisku. Nie miał jednak szansy odkrycia miejsca mojego pobytu.

Byłem już dawno na zewnątrz.

* * *

To tłumaczenie nie powstałoby, gdyby nie uprzejmość M. Rlin udostępniającej oryginalne opowiadanie "Never anger the Shadows". Można je przeczytać TUTAJ. Dziękujemy!
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

123232 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie