Wyszczekani.pl
Strona GłównaCzwartek, Listopad 23, 2017
Nawigacja
Strona Główna
Kawiarenka literacka
Biblioteki Strażników
Kącik tłumacza
Współpraca międzynarodowa
Tu odprawiamy Rytuał Ashk-Ente, czyli kontakt
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 35
Nieaktywowany Użytkownik: 638
Najnowszy Użytkownik: MichaelGat
Insomnia
Insomnia
Melissa „Keeper” Macunado


Miasto nigdy nie śpi.

Działa na zasadzie zmian. Tak jak jest zbudowane, budzi się i zasypia warstwami. Najdłużej śpią pierwsze piętra. Starodala, a od jakiegoś czasu także powoli modernizujące się okoliczne dzielnicy bogatszej części społeczeństwa, ożywają w większości około godziny ósmej. Oczywiście, najpośledniejsi służący zaczynają dzień dużo wcześniej, ale kto by się tam nimi przejmował. To około ósmej jest największa szansa, że słońce nieśmiało podejmie desperacką próbę przebicia się przez duszący smog. Wtedy też każdy szanujący się pan domu unosi się z łoża i dystyngowanym ruchem, często poszturchiwany przez połowicę, która już spieszy się na spotkanie z przyjaciółką (lub wrogiem, a czasami połączeniem tychże w jednym ciele), powoli podąża na śniadanie. Dzieci i tak, jeżeli w danym domu takowe istnieją, chwilę później rozpoczynają rytualne przepychanki, wojny na poduszki i inne rozrywki w czepku urodzonych. Potem rozpoczyna się seria scysji ze służbą, pierwsze utarczki z potomstwem i tak dalej. Trwa to do około dziesiątej, ponieważ jeżeli arystokrata zamierza gdziekolwiek wyjść, winien zrobić to teraz, w tych kluczowych trzydziestu minutach, zanim słońce nie dojdzie do wniosku, że jednak nie warto się wysilać.

Poddasza, parter i sutereny działają dużo wcześniej. Zwykle o siódmej już zdążają do pracy, czasami trochę wcześniej czy później. Ulice zapełniają się tłumem służących, rzemieślników, przekupniów, uliczników i im pokrewnych. Młotodzierżcy dzwonią na septę. Zaczyna się codzienna krzątanina. Jedni strażnicy schodzą z posterunku, inni pojawiają się na ich miejsce. W powietrzu unosi się zapach lurowatej kawy, smażonych kawałków mięsa niewiadomego pochodzenia, lekko przejrzałych owoców oraz tłumu o bardzo zróżnicowanych poglądach na temat higieny.

Dzień pierwsze piętra kończą przy oświetleniu lamp gazowych odbijających się tysięcznymi iryzacjami w kryształach, rodowych srebrach i lustrach. Chichot kobiet, milknące rozmowy mężczyzn, czasem jakiś niefortunny kochanek wygrzebujący się z krzaków pod balkonem. Ostatnie toasty i menuety, wylewne pożegnania, szelest sukni. Stukot kół dorożek po bruku polerowanym przez setki tysięcy stóp.

Parter i sutereny gaszą łojowe świece, jeśli mogą sobie na taki luksus pozwolić. Wózki z towarami udają się w ostatnią tego dnia wędrówkę. Co jakiś czas rozlega się pospieszny tupot stóp nieobutych lub w tanich butach dla mas. Krzyk strażnika, czasem soczyste przekleństwo, chlupot opróżnianych przed nocą naczyń o pokrętnej roli zarówno strażników pozornej czystości, jak i rozprzestrzeniaczy zarazy. Ostatnie urwane rozmowy i dźwięk zamykanych okiennic. Kolejna warta rozpoczyna miarowy przemarsz przez kolejne dzielnice.

Oczywiście, Miasto nie składa się z samych suteren, parterów i pierwszych pięter oraz tego, co pomiędzy (doliczmy kilka dodatkowych poziomów, metropolia ma warstwy).

Są przecież kanały. Tam życie wre przez całą dobę. Żebracy dzielą się lub walczą o datki. Poganie i zwykli mieszkańcy, którym nie powodzi się najlepiej, ze zmiennym skutkiem polują na szczury. Damy o nieco nadszarpniętej reputacji spacerują na rogach ulic, głównie w Dokach i w okolicy Zamościa. Ulicznicy szukają schronienia na kolejną noc.

Są też i inni mieszkańcy. Eminence grise, podbrzusze i serce Miasta.

Tutaj powinniśmy zwrócić naszą uwagę na dachy, słynny Złodziejski Trakt, który o tej porze dopiero budzi się do życia. Zakapturzone postaci poruszają się tutaj swobodnie i pewnie. Ktoś w przypływie przedsiębiorczego natchnienia reklamuje swoje usługi, wymalowując czerwoną dłoń w konkretnych zaułkach, na odpowiednich drzwiach, w miejscach, gdzie teraz może wręcz zrobić się tłoczno. Nie ma jednak obawy. Dla każdego wystarczy miejsca.

Tutaj godziny pracy można określić ogólnie jako „po zmroku”. Profesjonaliści budzą się do życia o dziesiątej wieczorem, a kończą zlecenia przed szóstą. To naturalne prawa wszechświata, neutrina osnowy miejscowej rzeczywistości, zasady, które nie podlegają dyskusji. Tak zawsze było i być powinno.

Przepraszam. Snując opowieść w Mieście, łatwo się pomylić, a błąd może drogo kosztować. To raczej… wskazówki.

* * *

Nie był pewien, co właściwie robił tu o tej porze.

Cień to przyjaciel, z którym trzeba się liczyć. Światło jest zdradzieckie. Słońcu nie można ufać. Jego promienie nie bez powodu cywilizacje od zarania dziejów postrzegały jako strzały. Przenikają wszystko i niosą śmierć.

Na horyzoncie rozgrywała się spektakularna bitwa nocy z porankiem, tym zdradzieckim małym draniem, który tylko utrudniał życie, w najlepszym wypadku budząc.

O gorszych scenariuszach można opowiadać godzinami.

Aksamitna, przyzywająca ciemność nocy brutalnie starła się z pierwszymi promieniami słońca. Barwiły Przedmoście na kolor złota i krwi. Zdawało się, że Przytulisko znów stoi w płomieniach. Rzeka przypominała strugę złota. Widoki były imponujące, to prawda, lecz w pewnych warunkach po prostu nie sposób się nimi cieszyć.

Taką sytuacją jest bezsenność.

Garrett nie był pewien, co dokładnie sprowadziło go na Złodziejski Trakt o tej porze. Powinien już dawno zwinąć się za zamkniętymi okiennicami swojego mieszkania i spokojnie hibernować – powiedzmy, przez solidne dziesięć, jedenaście godzin. Tymczasem tkwił tu, niedaleko Przedmościa, odnosząc owo irytujące wrażenie, że w danym momencie steruje nim ktoś inny, kto o higienie pracy pojęcia nie ma. I najwyraźniej dobrze się bawi.

Uporządkujmy fakty: szukał nowych doznań. Jakkolwiek intrygująco by to nie brzmiało, powody były trywialne: zaczynało brakować mu książek. W kamienicy, w której obecnie wynajmował mieszkanie, nigdy nie było wystarczająco dużo miejsca. Wydawało się, że pozbył się już wszystkich gratów wstawionych do środka przez właściciela przybytku i poprzednich lokatorów. Każda doniczka, tania reprodukcja z cieszącej się niesłabnącą popularnością serii „Budowniczy przepędza Szachraja, roznegliżowana driada za dopłatą czterech marek karentyńskich”, dzbanek w kwiatki, wszystko zostało zwrócone, oddane, przekazane we właściwe ręce lub zniknęło w tajemniczych okolicznościach. Osobliwy los spotkał rachitycznego beniamina z purpurowej donicy: najpierw niezidentyfikowany osobnik podrzucił go do kryjówki Pogan w Dokach, potem wyrosły mu nóżki, a teraz potrafi nieostrożnego przechodnia zjeść, wystawiając nadnaturalnie długie gałęzie przez rozbite okno. Żona właściciela żyła w świętym przekonaniu, że Garrett praktykuje ascezę, zatopił się w tych dziwacznych wschodnich praktykach i już zapewne nauczył się lewitować, choć oczywiście nie było jej dane przekonać się o tym na własne oczy. Przecież wszyscy kochają ręcznie wyszywane makatki z napisem „Pamiontka z Blekbruk”. Mimo heroicznych prób uwolnienia większej ilości miejsca, wszystkie półki były zajęte, a Garrettowi skończyły się ściany. Pozostawał tylko jeden wybór: udać się do biblioteki.

Łatwiej powiedzieć niż wykonać. Posiadanie plakatu z ryciną, niezbyt zresztą udaną, swej facjaty – lub wyobrażeń o niej pospólstwa – na każdym rogu ulicy nie ułatwia sprawy. Na przeciętnego obywatela wiele bibliotekarek patrzy jak na recydywistów, którzy tylko czekają, by wymalować niegrzeczne obrazki na marginesach i poślinić rogi kolekcji. Garrett do przeciętnych się nie zaliczał… Pozostaje bardziej zawodowe podejście, a zatem włamanie się po godzinach. Niestety, akurat dotarła nowa dostawa dość rzadkich woluminów, w związku z czym Złodziej zorientował się, że wypadałoby się zbierać, dopiero gdy stuknięty kilka godzin wcześniej strażnik zaczął wydawać odgłosy sugerujące powolne dochodzenie do siebie, a przynajmniej burzliwą debatę o celowość takich działań. Dobrze, spóźnił się. Tak, powinien był przed piątą poodkładać lektury na miejsce i wiać. Niestety… Kuszenie było zbyt silne.

Z nieco podkrążonymi oczami i uczuciem nagłej bratniej bliskości z zombiakami Złodziej, może tylko odrobinę chwiejnie, pokonywał kolejne daszki, rury i belki. Ciało nie było o tej porze przyjaźnie doń nastawione: przeciwnie, domagało się szybkiego i zasłużonego odpoczynku. Światło, jak zwykle zdradliwe, zaczynało powoli go oślepiać. Jeszcze tylko kilkaset metrów. Jeszcze tylko ta jedna kładka. Już niedługo…

Niewdzięczne zmysły zawiodły go. Stracił czujność i obudził się zbyt późno. Tędy nie przejdzie! Na drodze do łóżka stało coś dziwnego. Istota przyzwana zapewne z jednego z niższych kręgów Piekieł, stworzenie z otchłani, dziecię mroku, zgrzytliwej muzyki i absurdalnych tatuaży. Kształty miało z grubsza ludzkie, co zapewne było tylko dodatkową perfidią lekkiego delirium wywołanego deficytem snu połączonego z upojną lekturą. Odziane było w tak irracjonalną ilość woskowanej skóry, że musiało mieć spore trudności z poruszaniem się. Na głowie – można było przynajmniej przypuszczać, iż był to ten właśnie istotny życiowo organ – powiewało coś w rodzaju pirackiej bandany o granatowej barwie i końcu zawadiacko przerzuconym przez lewe ramię. Garrett gdzieś już coś takiego widział, jednak gdzie? O tej porze pozostawało to niezgłębioną tajemnicą. Przy pasie przytroczony był szereg sakiewek, torebeczek i, z bliżej nieznanych względów, kulek smętnie kiwających się w takt ruchów. Rękawice czy też raczej rękawiczki były niezbyt praktyczne, co sugerowało zgoła inne ich zastosowania niż te, o których pomyślałby Złodziej. Jeszcze bardziej abstrakcyjnym elementem ubioru stworzenia było coś w rodzaju spódniczki – zdecydowanie zbyt kusej, by spełniało jakąkolwiek rolę, ot, choćby ochronę przed zimnem i wystającymi gwoździami.

W pewnej chwili istota odwróciła się. Wystarczyło jedno spojrzenie w te przesadnie umalowane złośliwe oczka, by przekonać się, że istotnie miał do czynienia z ohydnym wynaturzeniem. Zdesperowana fanka.

Miasto było idealną wylęgarnią dla niezliczonych sekt. Garrett miał do czynienia w taki lub inny sposób z większością. Ta była najgorsza. Założona przez niejaką Marlę Madison, niechaj imię jej będzie przeklęte, od długiego czasu zatruwała mu życie. W jej mrocznych szeregach najwięcej było złodziejek, w przeważającej liczbie tych mało utalentowanych i niezbyt skutecznych. Pojawiały się też paserki, które zwykle łatwo było naciągnąć na grubszą forsę, a nawet wycyganić coś za darmo, o ile komuś nie zależało na osobistym honorze: wręczanie autografów było doprawdy zbyt żenujące. Wolał zapłacić. Najczęstsze wybryki obejmowały niszczenie mienia publicznego przez tworzenie kiepskiego graffiti i wymalowywanie na każdej w miarę płaskiej powierzchni krępujących i pozbawionych polotu haseł, przykładowo: „To zbrodnia ukrywać TAKĄ TWARZ!”. Jeszcze bardziej uwłaczające stawało się wypisywanie takich głupot tuż koło listów gończych na jego skromną osobę. Czasami panienki rywalizowały o te niewinne kawałki taniego papieru, kolekcjonując je celem tapetowania nimi swoich kryjówek lub zgoła kradnąc je sobie nawzajem. Po paru wizytach incognito w takich miejscach i doświadczeniu tak potwornego widoku, Garrett powziął szczere postanowienie zdzierania plakatów przy każdej nadarzającej się okazji.

Ta tutaj była wręcz organizmem modelowym. Ramiona odsłonięte w sposób aż proszący się o bliższe zapoznanie się strażnika miejskiego i jego narzędzi pracy. Fikuśny gorsecik z tłoczonej (!!!) skóry o wydatnych miseczkach. No właśnie… W tej profesji bycie atrakcyjnym lub, co gorsza, atrakcyjną, po prostu się nie opłacało. Złodziejka o figurze bogini miała znacznie większe ryzyko zaczepienia się jakimś istotnym organem o zdradziecko wystające belki, nadziania się na gwoździe i tak dalej. Czasami po prostu wystawały z cienia. Kołysanie biodrami też nie jest dobrym pomysłem, gdy akurat przechodzi strażnik. Dodatkową cechą działającą na niekorzyść takich pań była skłonność do strojenia się. Ta wyraźnie przesadziła: nosić korale? Do roboty?! Przecież tak łatwo jest przeciwnikowi chwycić za nie podczas ucieczki, dusząc i rozbrajając osobę noszącą je! I jeszcze ten makijaż… Błyszczyk?! Przecież każdy osobnik po określonej stronie barykady chce jak najmniej rzucać się w oczy! Tak, to była abominacja. Jednak najgorsze miało dopiero nadejść…

Członkini sekty sięgnęła po swoją najstraszliwszą broń: wydała z siebie mrożący krew w żyłach pisk.

Garrett zawsze zastanawiał się, do czego miało to właściwie prowadzić. Owszem, było przerażające – kątem oka zauważył, że wrzask poderwał do lotu ptaki w całej dzielnicy, a bardziej zaspane zwyczajnie pospadały – ale ogłuszyć na czysto nie mogło. W Venagecie istniały całe oddziały berserków, którzy krzykiem starali się wprowadzić zamieszanie w szeregach wroga i dodać animuszu swoim kumplom. Ale to raczej zbyt daleko, poza tym ona jak na berserka miała w górnych częściach ciała na sobie za dużo.

Na niekorzyść Złodzieja przemawiało lekkie przymulenie, które nieco obniżyło jego refleks. Jednak szarżującego nań podlotka było wystarczająco dużo, żeby złapać go i zatkać usta. Na dole musiała już pojawić się dzienna wachta… Co więcej, ułatwienie stanowił fakt, iż dziewczyna sama się pchała. – A kuku! – ryknęła mu prosto w uchu, jakby nie miał tego poranka dość problemów. – Załatwiamy co trzeba i idziemy do mnie?
– Nie rozmawiam z nieznajomymi ludźmi. Z kobietami też nie. Z podlotkami w szczególności – wycharczał, zataczając się. Dziewczę zamrugało. Tusz do rzęs w oku to substancja niezbyt przyjemna. Jednak doszła do siebie w zaskakującym tempie; na nieszczęście dla Złodzieja, o nim nie można było tego powiedzieć. Kobietka najwyraźniej nie miała nic przeciwko kopaniu leżącego (to młode pokolenie!) i… z całej siły dała mu w twarz. Poranne powietrze przeszył skowyt: – Podlotku?! Nieznajomy?! Ty cholero!!! Już ja ci pokażę, radź sobie sam! Świnia!!!

Ulżywszy sobie, obróciła się na pięcie i zarzucając w pretensjonalny sposób szal przez ramię, pędem puściła się na przełaj przez Złodziejski Trakt.

* * *

Po kilku sekundach obraz przestał wirować. Garrett otrzepał się i powoli wstał. W tym momencie odnotował dziwny ucisk na klatce piersiowej i przeponie. Przetarł oczy i z konsternacją wpatrzył się w coś, co podejrzanie przypominało gorset. Nie, to się nie dzieje. Widział taki na jakiejś wystawie i uznał go za kompletne bezguście. Musi mieć już delirium. Po dojściu do mimo wszystko wyjaśniającego parę spraw wniosku sięgnął dłonią do piekącego policzka. Co to u licha było…? Jego zdumienie wzrosło, wyczuwszy jakby dwu-, trzydniowy zarost. Jak długo siedział w tej przeklętej bibliotece…? Albo zamienia się w jakąś pogańską paskudę. Cóż, były teraz inne problemy: łóżko. Wredny upacykowany szalikowiec odciął mu drogę. Po pierwsze, nie zamierzał ryzykować ponownego spotkania z bestią. Po drugie, sądząc po krzykach i bieganinie na dole, mniej więcej tam, gdzie kończyła się trasa obrana przez dziewczę, zbiegło się ćwierć dzielnicy. Większość tłumku z pewnością stanowili Niebiescy. Uśmiechnął się złośliwie, czego natychmiast pożałował. Wyrzutów sumienia nie miał, ale pewne niuanse z dziedziny anatomii uświadomiły mu, że naciąganie skóry tylko potęguje ból, o czym właśnie przekonał się doświadczalnie. Dobrze jej tak! Mimo to kwestia dotarcia do mieszkania pozostawała otwarta. Z tego miejsca przy odcięciu od pierwotnie obranej drogi można było albo wracać i przechodzić naokoło, na co ochoty nie miał, albo wykorzystać strzałę linową i przejść po misternym belkowaniu jednego z rozbudowanych dźwigarów. Wybrał tę drugą opcję. Sięgnął do przytroczonego na plecach kołczanu i… spotkała go kolejna niemiła niespodzianka.

Coś go ukłuło. Nie strzała. Aż tak nieprzytomny nie był.

Delikatnie chwycił owo ostro zakończone coś i wydobył z wnętrza kołczanu. Jakież było jego zdumienie, gdy zobaczył przed sobą dziwaczny przedmiot wykonany z nakładających się na siebie bloczków z metalu. Rzecz wyglądała jak mechanistyczne narzędzie tortur i stanowiła misterne rusztowanie z malutkich pokręteł, zębatek i śrubek. Całość miała z grubsza łukowaty kształt, a oba końce łączyła cięciwa. Skąd to coś się tam wzięło? Sięgnął za plecy ponownie, aby wydobyć łuk. Figa. Wyczuł jedynie kolekcję strzał. Jakiś gnojek najwyraźniej podmienił mu łuk! Zabrał porządny, z niespodziewaną po właścicielu miłością wymodelowany dereń, niebiańskie połączenie wytrzymałości, lekkości i wygodnego naciągu, a podłożył to metalowe dziadostwo!!!

Przyjdzie mu skonać w męczarniach. Już on o to zadba.

Nie odważył się strzelać z tego czegoś. Pozostawało mu zrobić rundę dookoła całej dzielnicy…

Musi podpytać Morleya, jak powinno się określić tak patową sytuację.

* * *

Garrett wlókł się przez kolejne uliczki, w duchu zastanawiając się, kto mógł wyciąć mu taki paskudny numer. Zdesperowane fanki są, no właśnie, zdesperowane, ale równocześnie raczej tępe. Na pewno nie namierzyły go samodzielnie. Pozostaje zatem… zdrajca!

Musiał być to ktoś, kto dobrze znał jego nawyki i był w stanie przewidzieć, że zasiedzi się w bibliotece. Mała jędza wyraźnie na niego czekała. Ktoś wredny i najzupełniej pozbawiony skrupułów. Osób spełniających te kryteria równocześnie nie było dużo. Jakiś nieprzewidywalny, zimny drań…

Na przykład Morley.

To przypuszczenie było niepozbawione podstaw. Jednak Dotes był akurat nieobecny po wynikach ostatnich zawodów nartników – hazard dla płotek, nałóg, któremu oddawał się z pasją i absolutną ignorancją co do zachowań tych swoją drogą nieszkodliwych owadów. Po tych, wydawałoby się, rodzinnych imprezach zawsze czmychał na tydzień lub dwa, aby wierzyciele nie zdemolowali mu „Domu radości Morleya”.

Pozostawała zatem tylko jedna osoba tak perfidna lub tak głupia, aby wykręcić mu taki numer.

Basso.

Tak, ten niespecjalnie pożyteczny idiota, choć w gruncie rzeczy brat-łata (cecha, za którą Złodziej w sposób szczególny go żałował), mógłby uważać to za miłosierny uczynek. Niedoczekanie. Garrett wkroczył na opuszczony placyk ze szczerym postanowieniem ukatrupienia Boxmana seniora i puszczenia z dymem jego wychuchanej chałupy.

Miejsce idealnie nadawało się na kilkuminutowy postój. Ze wszystkich stron osłonięty wysokimi budynkami, ciemny, mokry i niezbyt przytulny, a zatem eliminujący niebezpieczeństwo przechodniów. Tak… Przycupnie sobie na chwilę, trochę odetchnie, a potem ostrożnie zejdzie po tych zdradzieckich, śliskich schodach na dół i będzie prawie u siebie. Spokojnie oparł się o ścianę i kamienną balustradę, którą postawiono tu nie tyle w celu ochrony mieszkańców przed upadkiem z dużej wysokości i połamaniem sobie tego i owego, co raczej po to, aby udawać takie zastosowanie. On przecież jednak odetchnie głębiej tylko przez pół minutki…

– Tu jesteś, ty stary łacherze!

Garrett otwarł półprzymknięte oczy i z niedowierzaniem spojrzał na człowieka, który właśnie pojawił się w alejce, ciągnąc coś za sobą. Głos był znajomy, ale zdrowy rozsądek brał górę. Nalana twarz wieńcząca korpus, który osoba wrażliwa określiłaby mianem puszystego, a szczera – obarczonego sporą nadwagą. Tłuste strąki włosów o nijakim kolorze. Szczeciniasta broda. Kolczyk w uchu? Niewiarygodne… Ubranie noszące ślady wielu przygód – bliskich spotkań z rozpędzonymi powozami, niezadowolonymi sąsiadkami czy puszczonymi wolno psami. Z drugiej strony… ten głos… I palce obu rąk wyraźnie zrośnięte po jakimś wyjątkowo perfidnymi złamaniu.
– Basso…?! – wykrztusił w osłupieniu.
– No a kto, chyba nie Wiedźmikołaj!

Widok istotnie był żałosny. Garrett uczciwie przyznawał, że Boxman senior pięknością nigdy nie był, ale to przechodziło wszelkie pojęcie. – Jak to się stało…? – wydukał. Basso wydawał się nie rozumieć. – Ale co?
– To… – Garrett wykonał ruch ręką, zakreślając niewidzialny łuk wokół sylwetki mężczyzny.
– A, to! – rozpromienił się. – Trzy sprawy: kochająca rodzina, spokojna praca i solidne obiadki. Widziałeś się już z Erin?

Garrett zmarszczył brew. – Nie wiem, kim jest Erin…

Nim w jakikolwiek sposób zdążył zareagować, Basso poklepał go po plecach. – Nie przejmuj się, taki wiek. Ona sama chyba jeszcze do tego nie doszła. Wydaje się takiej, że jest już kobietą, a to cały czas smarkula. Chociaż moim zdaniem pojawia się jeszcze ważniejsze pytanie. Porządna złodziejka czy byle zbir do wynajęcia? – skrzywił się. – Powiem szczerze: podziwiam, że wziąłeś ją sobie na głowę. Charakterek to ma paskudny, bez obrazy.
– Ja co?!
– Wiesz, wielu powiedziałoby, że to misja samobójcza, ale ty zawsze lubiłeś wyzwania. No, ale co się stało, to się nie odstanie, jak to mówią. Ale, ale, wracając do naszych spraw… widziałeś już naszego kukunia-skarbunia?
– Kogo…?! – Garrett miał nieznośne uczucia utraty kontroli. W tym momencie Basso pociągnął za sznurek i zza jego pleców wydreptało… coś.

Zapewne siła sprawcza natury liczyła na psa, ale gdzieś w połowie skomplikowanego cudu narodzin zmieniła plany. Zwierzak był mały, mniej więcej do łydki. Zdawał się składać z części różnych zwierząt, niekoniecznie należących do tego samego gatunku, o rasie nie wspominając. Najwięcej miał chyba z mopsa, ale jego bogate drzewo genealogiczne musiało obejmować także ćwierć pudla (kręcona czupryna przy łysawej reszcie ciała), trochę wilczura (nieco wachlarzowaty ogon, poza tym przypominający lekko zagięte salami), brzuch basenji, jedynego psa, który zamiast szczekać jak trzeba, jodłuje, łapy mastiffa i bardzo dużo kundla. Umaszczenie także było jedyne w swoim rodzaju: spłaszczona kufka była w przeważającej części czarna, głowa szarawa, łapy brudnobrązowe (choć to akurat mogło być przejściowym efektem spaceru przez Miasto), grzbiet musztardowy, a tyłek w kolorze wątróbkowym. Złodziej podejrzewał, że w akcie kreacji tego cudu natury musiało uczestniczyć więcej niż dwoje rodziców. Nie zdziwiłby się też, gdyby brzuch, którym zwierzę zapewne szorowało na nierównym terenie, miał barwę ultramaryny. Przy takiej feerii barw można było dołożyć dowolny i nie zmieniało to niczego. Bez względu na detale, pies, bo jako osoby w gruncie rzeczy miłosierne, będziemy go tak tytułować, miał na mordzie wypisany głupkowaty wyraz satysfakcji. Lekko dysząc, pozwalał nieco obwisłym policzkom radośnie to unosić się, to opadać, przy okazji odsłaniając garnitur zębów, które zdecydowanie nie pasowały do kompletu. Można było wręcz wysunąć przypuszczenie, że zostały przeszczepione z jakiegoś psa obronnego, bulteriera czy dobermana. – Od kiedy masz… zwierzątko domowe? – zaczął ostrożnie.
– Skoro Straż dorobiła się piesków, to i jak mogę. Wabi się Pufcio, bo jak się cieszy, to zdarza mu się pluć. Co sądzisz?

Garrett znalazł się w położeniu nie do pozazdroszczenia. Nie wiedział już, co dzieje się wokół. Uznawszy, że lepiej będzie wycofać się na pozycje defensywne, bąknął: – Jedyny w swoim rodzaju.

Boxman wyraźnie się ucieszył: – Wiedziałem, że ci się spodoba. Wiesz, trzeba iść z duchem czasu, przy domu można sobie na psa pozwolić. Wiesz, jak to jest: świetnie nie jest, ale i tak jest fajnie. Gdzieś to usłyszałem i doszedłem do wniosku, że pasuje – podrapał się po głowie, wydając przy tym okropny odgłos. – Poza tym ponoć zwierzęta mają doskonały wpływ na dzieci. Właśnie go dostaliśmy od jednego faceta, który nie jest stąd. Ponoć przyjechał w interesach. Jak od się zwał…? Gardło sobie coś tam? Nie, to bez sensu. Mniejsza z tym. Ten mały to prawdziwy bystrzak, właśnie go uczymy. Pufcio, przywitaj się.

Stworzenie zwróciło swoje wybałuszone oczka na Garretta. Doświadczenie to okazało się czymś, czego nie zapomina się łatwo. – Jakiej on jest właściwie rasy? – spytał Złodziej. Basso wzruszył ramionami. – Każdej, jaką znam. I paru innych pewnie też – dodał po chwili namysłu. – Rozumiesz, zakute pały wykupiły wszystkie wilczury. Wielkiego wyboru nie zostawili. Ale Pufcio to świetny zwierzak, a mały go uwielbia. Powinieneś wziąć ze mnie przykład i kupić… porwać… skombinować sobie psa. Pufcia wszyscy kochają! A właśnie, mam tu coś dla ciebie od Jeni – wręczył zdumionemu Złodziejowi miskę czarno-białawej brei o bliżej nieokreślonej konsystencji. Przypominała pozostałość po stadzie burricków. Więcej, pachniała podobnie. – Co to jest?
– Jak to co: makówki! Przecież od jakiegoś czasu nie umiesz bez nich funkcjonować – Basso wyszczerzył się, ujawniając rząd zębów, które zdawały się pochodzić z drugiego lub trzeciego obiegu. – Wiesz, nikt cię nie ocenia, żeby nie było. To twoja sprawa, chociaż osobiście Jeni uważa, że to na długą metę może okazać się szkodliwe – dodał z niepewnym uśmieszkiem. – O nie, Pufciu, tak się nie robi! – krzyknął, zauważywszy dziwny ruch pupilka. Ten, kręcąc się koło kamiennej poręczy, wypiął wątróbkową część swojego ciała i wykonywał cokolwiek podejrzane ruchy. – Garrett, lepiej wejdź na tę balustradę, on jeszcze nie jest całkiem wyuczony czystości…

Złodziej nie dał sobie tego dwa razy powtarzać. Na pysk Pufcia zaczynał wypływać niepokojący wyraz błogości, jednak jak na złość nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Nie był w stanie wykonać prostego skoku! Garrett rozpaczliwie próbował wycofać się poza zasięg zwierzęcia. W pewnym momencie poczuł, że traci równowagę i ześlizguje się z bruku w dół stromych, kamiennych schodów…

* * *

– Obudź się!

Wizja powoli ograniczyła do zwyczajowych trzech wymiarów. Po chwili uświadomił sobie, że leży rozciągnięty w nienaturalnej pozycji poza łóżkiem. Tuż nam nim pochylali się zatroskani Melissa i Gregorius.
– Ssso to było…? – wycharczał. – Krzyczałeś przez sen – dziewczyna przesunęła dłonią po bladym czole i rozczochranych czarnych włosach. – Jesteś chłodniejszy niż zwykle. Wypij coś.
– Garretcie, co miałeś na myśli, niemal płacząc „Tylko nie gorset, tylko nie gorset”? – spytał niewinnie rycerz. Złodziej zamrugał. – Lepiej nie pytaj.

Z niejaką obawą poruszył rękami. Dało się słyszeć jedyne w swoim rodzaju chrupnięcie, gdy kość i chrząstki biednego człowieka dochodzą do wniosku, że jednak się chyba nie lubią. Świat wirował, ale Złodziej powoli wracał do siebie. – Gdzie jest brzytwa? – jęknął, chwiejnym krokiem oddalając się od niedawnego miejsca kaźni.
- Nie masz chyba na myśli nic głupiego?!
- Dajcie mi spokój. Muszę się za siebie wziąć.

Jakiś kwadrans później cała trójka rozsiadła się wokół kominka z jedyną w swoim rodzaju herbatą Melissy, czarną jak noc, gotową powalić słonia i wyleczyć z kaca nawet najbardziej zatwardziałego pijaka. To ten typ płynu, który albo zabija, albo z braku innej propozycji w niezrównany sposób stawia człowieka na nogi. – Wytłumaczysz nam w końcu, co ci się stało? – spytała autorka równie zabójczego, co ożywczego napoju. Zapytany pociągnął łyk płynnej smoły, po czym na granicy słyszalności wydukał: - Miałem koszmar, który przebił wszystkie poprzednie razem wzięte. Jakby jakiś idiota zaczął grzebać mi w życiu bardziej nawet niż Niańki.
– No proszę – z przekąsem mruknęła Strażniczka. – Rozwiń myśl.
– Nie chcę nawet sobie tego przypominać. Wyglądało to, jakby wszystko potoczyło się inaczej. Nie było względnego spokoju. Nie było was. Był za to zakolczykowany Basso spasiony jak tuczniak, z psem, który wyglądał jak pozszywany w Przytulisku. Bredził o jakichś makówkach. Chciałem skoczyć, żeby uwolnić się od tych abominacji, ale nogi miałem jak z waty…
– To typowe w snach, tak przynajmniej mówi mi babcia – jak zawsze gotowy do niesienia bliźnim otuchy oznajmił Gregorius. – Wtedy radzi też, żebym wyobraził sobie, że tym wszystkim sennym potworom odgryzam nosy.
– Greg, daj mu skończyć, niech to z siebie wyrzuci – cicho doradziła Melissa.
– …ale najgorsza była jakaś baba. Wyglądała upiornie. Trochę jak te kobiety ze świętego Edgara, które w zeszłym tygodniu wdarły się na ołtarz i śpiewały „Święty Edgarze, przegoń Barona”, zanim je wywlekli na zewnątrz. Rozumiecie, jakaś dziwaczna chusta na głowie, czarny… makijaż? Obcisła sznurowana tunika i zupełnie idiotyczne korale. Dała mi w zęby, nawrzeszczała na mnie i poszła. Z gadki Basso wynikałoby, że to ona zamiast ciebie próbowała mnie okraść… – zakończył, patrząc z miną zbitego psa (nieczęsty widok) na dziewczynę.

Po chwili milczenia Strażniczka niepewnym głosem doradziła mu: – Wiesz co… lepiej się jeszcze połóż.

* * *


Od autorki


Niniejszy tekst powstał w oparciu o oficjalne materiały dotyczące T4 dostępne na stronie poświęconej grze, misję treningową i majaczenia steranego życiem umysłu. Wszelkie podobieństwa do istniejących osób, miejsc i wydarzeń są całkowicie zamierzone. Informacje poufne o potencjalnie szkodliwym wpływie na światopoglądy dopiero kształtujące się zostały, rzecz jasna, użyte bez czyjegokolwiek pozwolenia. Nie ponoszę odpowiedzialności za dowolnego rodzaju szkody poniesione w wyniku lektury tego tekstu, dlatego proszę nie wysyłać mi rachunków za leczenie psychiatryczne, zajęcia grup wsparcia i tym podobne.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.

123266 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie